Archive for Sierpień, 2008

Opowieści stare jak świat VI

Author: Magdalena Janczewska

Plac zabaw zwany Ziemia?

Witaj Wędrowcze. Widzę żeś strudzony, potrzeba ci wytchnienia. Co mówisz? Że bardziej od wytchnienia przyda ci się odrobina pocieszenia. Mówisz, że życie jest męczące i trudne i że nie rozumiesz dlaczego takie musi być? To ciekawy punkt widzenia, przyznaję. Wcale nie jest oryginalny, a raczej całkiem typowy, powiadasz? Cóż, pewnie tak jest ale nie zmienia to faktu że i tak mnie to dziwi. Widzę, że jesteś trochę zbity z tropu. A zastanawiałeś się kiedyś co by było gdyby świat przypominał dużą piaskownicę na wielkim przecież dla dziecka placu zabaw? Uważasz, że to niedorzeczny pomysł? Myślę, że już trochę tzw. ‘niedorzeczności’ mieliśmy okazję razem przerobić podczas naszych spotkań. A zatem spróbuj na chwilę choć jedną wyobrazić sobie świat takim jakim jak go widzę. Mówisz, że gdyby świat był piaskownicą a ludzie dziećmi to wszystko byłoby dziecinnie proste a nie jest i że jakoś nie widzisz żeby wszyscy wkoło bawili się w najlepsze. Cóż wszystko zależy od punktu widzenia Wędrowcze. Wyobraź sobie, że jedynym celem twego pobytu w tej piaskownicy jest dobra zabawa, radość, śmiech, dzielenie się tą zabawą z innymi, lub nie jeżeli nie masz takiej ochoty. Wyobraź sobie, że nad twoją głową zawsze czuwa troskliwy rodzic, że świadomość jego obecności napawa cię spokojem i poczuciem bezpieczeństwa, że nic nie może ci się stać bo wiesz, że jesteś zawsze pod czujnym i kochającym spojrzeniem rodzica. Mówisz, że brzmi to wszystko pięknie ale nijak się ma do twojej rzeczywistości? A co gdybym ci powiedziała, że właśnie ty jesteś takim dzieckiem w piaskownicy na olbrzymim placu zabaw, tylko twój problem polega na tym, że nie widzisz swego rodzica, że czujesz się zagubiony i przestraszony. Może masz wrażenia, że pozostawiono cię samemu na tym olbrzymim placu i boisz się ruszyć z miejsca i zbiera ci się na płacz. Myślisz pewnie, że jesteś sam zdany na siebie. Podczas gdy prawda jest zgoła inna. Twój rodzic nadal tam jest, tylko tobie się zdaje, że sobie poszedł… Mówisz żeby pokazać ci choć jednego człowieka, który żyje tak jakby świat był piaskownicą i na dodatek dobrze się bawi. Skoro nalegasz i nie wierzysz mi na słowo, pozwól że ci opowiem kolejną historię o młodzieńcu całkiem podobnym do ciebie lecz nie identycznym. Młodzian ów miał na imię Patryk i zawsze chadzał własnymi drogami. Uśmiechasz się, ironia to broń przed nieznanym….a ignorancja to mur ograniczający świat, i o tym wiedział Patryk. Dlatego Patryk zawsze śmiało wychodził naprzeciw życiu, każde nowe wyzwanie, nową ścieżkę traktował jak przygodę. Ilekroć strach zaglądał mu w oczy, otwarcie śmiał się z niego gdyż wiedział, że nie miał czego się bać. Nie było na tym świecie takiego zagrożenia, którego by nie przezwyciężył. Jeżeli zatrzymywał się przed kolejnym wyzwaniem i zdarzyło mu się zadumać czy aby na pewno jest wstanie mu podołać, zaraz sobie tłumaczył, że przecież Bóg nie postawił by przed nim góry nie do przebycia, rzeki nie do przepłynięcia, bo po cóż miałby to robić? Każda rzecz napotkana na drodze była tu dla niego i on o tym wiedział, dlatego nic nie było wstanie go zasmucić. Ba, nawet powiem ci więcej Wędrowcze, każda nowa ‘przeszkoda’ napawała go radością, gdyż oznaczała nową przygodą, nowe doświadczenia, które były niczym bogactwo dla jego duszy. Patryk odkrywał, że z każdym nowym doświadczeniem zmieniał się on i jego otoczenie. Czasem gdy patrzył wstecz na siebie dziwił się jak inny był wcześniej a jego świat jaki był mały stąd gdzie był obecnie. Teraz widział swoją piaskownicę z daleka, jak kroplę w oceanie życia. Tak, widział swego rodzica i tu i tam, i jedynie smutkiem napawała go myśl, że inni też tego nie widzieli. Gdyby tylko mogli zobaczyć, że stąd gdzie stał, tamta piaskownica, tamten plac zabaw, wcale nie był taki wielki i niebezpieczny. Gdyby tylko mógł im opowiedzieć, że droga nigdy się nie kończy, i że to właśnie w niej jest najlepsze. Tak, bo Patryk już wiedział, że pomimo tego, że dotarł tak daleko to nadal nie mógł dostrzec końca. Za kolejną górą i rzeką zrozumiał, że Bóg nie chowa się przed nim ani przed nikim innym za kolejnym drogi zakrętem. Wiedział, że nie musi już biec, wystarczyło iść spacerkiem, spokojnie, bo nie było po co się spieszyć, ważna była tylko droga, ta chwila, przecież Bóg był z nim przez cały ten czas. To dzięki troskliwemu rodzicowi dotarł tak daleko i był pewien, że zajdzie jeszcze dalej. Tylko, teraz nie był pewien czy chce iść dalej czy może wrócić… i opowiedzieć wszystkim w swojej piaskownicy, że pokonanie własnych ograniczeń, przeskoczenie własnego muru, nie jest niemożliwe, że w gruncie rzeczy jest to całkiem proste.
I kiedy tak Patryk stał zadumany, po raz pierwszy od długiego czasu, poczuł na twarzy delikatny wiatr, niczym muśnięcie dłoni i zrozumiał że cokolwiek postanowi będzie to słuszna decyzja. Postanowił więc po raz kolejny zaufać sobie, swojemu sercu, przeczuciu, a nie strachowi… i zawrócił.
Po co wrócił pytasz? Teraz kiedy zaczynało się robić ciekawie, kiedy mógł odkryć jeszcze więcej, zobaczyć ciekawsze, nowe, niesamowite rzeczy, odkryć tajemnicę istnienia?
Drogi Wędrowcze sęk w tym, że Patryk już odkrył tajemnicę. Był świadom, że nie liczy się to co jest za następną górą, wiedział owszem, że może zobaczyć inne światy, poznać nowe, ekscytujące, niewyobrażalne wręcz stąd gdzie był rzeczy i byty… Ale Patryk wiedział też, że to zawsze będzie tam na niego czekać, wiedział że droga nie ma końca, a wędrówka jest sensem. Ważne było nie ile przeszedłeś ale jak. Dlatego Patryk zawrócił. Czuł całym sobą, że zawsze by żałował gdyby tego nie zrobił, że gdziekolwiek by się nie udał i cokolwiek by nie zobaczył towarzyszyłby mu nieopisany smutek, wypływający stąd, że nie mógł tej radości dzielić z tymi, którzy zostali tam, w jego piaskownicy. Patryk miał tę łatwość i dar widzenia ręki Boga we wszystkim co go otaczało. Gdziekolwiek się udał widział wyraźnie, że to Bóg postawił na jego drodze specjalnie dla niego ten budynek, to drzewo, ten las, tego człowieka… Każdy kogo spotkał był mu posłańcem dobrej nowiny, gdyż cokolwiek by nie powiedział, gdyby nawet z jego ust wypłynęła ‘pozornie’ obraźliwa myśl, Patryk wiedział, że była to dla niego wskazówka, podarunek, swoisty drogowskaz. I jego dusza się radowała, bo znowu otrzymał pomoc od Boga. Ale teraz Patryk już nie potrzebował drogowskazów, gdyż droga stała przed nim jasna i przejrzysta, czuł jej piękno i atrakcyjność całym sobą, wiedział że spotka go radość, bo cóż innego mogłoby go spotkać? Przecież po to szedł od samego początku, by poznać, doświadczyć większej radości, miłości. I wszystko to już było, a teraz chciał czegoś więcej, żeby inni też mogli to poznać.
A co na to Bóg, pytasz? Ciekawe, ale Patryk też sobie zadał to pytanie i zanim ta myśl do końca w nim przebrzmiała już znał odpowiedź. Przecież to że zawraca, nie oznacza że porzuca swego rodzica, albo że on porzuca jego. Gdziekolwiek by się nie udał i cokolwiek by nie robił nigdy nie był sam zdany na siebie.
Zastanawiasz się czy to było po myśli Boga, skoro życie ma być radością i przygodą w nieznane, to czy chodzenie po utartych ścieżkach nie jest sprzeciwianiem się woli Boga? Wędrowcze, Patrykowi nigdy nie zdarzyło się pomyśleć, że jego rodzic mógłby go nie kochać. Nigdy nie podważył w swoim sercu ani umyśle wiary w absolutną miłość rodzica do swego dziecka, którym przecież był. Dlatego też Patryk nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby być potępiony za dokonanie jakiegokolwiek wyboru. Każdy jego wybór był dobry i każdy zbliżał go do Boga, lub jeśli wolisz żaden go od Niego nie oddalał.
I tak Patryk wrócił do swojej piaskownicy, i z radością przyjął na siebie stare ‘ograniczenia’, bo tak naprawdę wiedział, że ich nie ma i nigdy nie było. A swoją radością i bezgranicznym zaufaniem obdarowywał hojnie wszystkich napotkanych ludzi, z których każdy dla niego był odbiciem jego samego.
I cóż to takiego im dało, pytasz, przecież nie mógł ich przenieść, nie mógł za nich iść dalej? A sam, co sam z tego miał?
Widzę twoje rozgoryczenie Wędrowcze, uważasz że Patryk postąpił niemądrze, że się cofnął dosłownie, i że stracił wszystko co dotąd zdołał uzyskać skazując się być może na niepowodzenie? Więc pozwól że Ci powiem, żebyś się nie martwił o Patryka i nie żałował jego życia, bo on siebie i swojej decyzji nigdy nie żałował. A co gdybym Ci powiedziała, że to ty jesteś tym młodzieńcem? Co byś mi powiedział? Nie bądź taki zaskoczony. Myślisz, że nie mógłbyś być Patrykiem?
Nie wiesz. Zostawię cię z tym pytaniem. Myślę, że głęboko w ciszy swojej znajdziesz na nie odpowiedź, która może cię zaskoczyć bardziej niż przypuszczasz. A wracając do Patryka, jak się domyślasz, był tym kim chciał być, światłem i drogą, kierunkowskazem dla strudzonych wędrowców. A kim ty będziesz Wędrowcze, dla siebie, dla innych?
Pamiętaj, że nie możesz upaść tak by się nie podnieść… Co by było gdybyś w to naprawdę wierzył? Czy życie w końcu zaczęłoby przypominać plac zabaw, na którym żadna krzywda spotkać cię nie może? Czy miałbyś odwagę z ufnością dziecka czerpać z życia to co najlepsze?
Tak wiem Wędrowcze, że to wszystko nie wydaje ci się aż tak proste i wiem że trudno jest ci bezgranicznie zaufać, ale wiedz, że jest to możliwe. Już raz ci się udało. Patrykowi się udało. I teraz wyciąga do ciebie rękę. Ilu Patryków jest w twoim życiu? A może sam jesteś aniołem w czyimś życiu i nawet o tym nie wiesz?
Uśmiechasz się na tą myśl. Tak teraz rozumiesz… Nawet potrafisz wyobrazić sobie siebie w tej roli, niemal widzisz jak wracasz, ale tak naprawdę się nie cofasz tylko idziesz dalej do przodu po nową przygodę z innymi już wędrowcami.
Jestem z ciebie dumna Wędrowcze, że doszedłeś tak daleko… i nawet nie wiesz jak cieszy mnie, że jesteśmy tu razem.
Do następnego spotkania zatem, w następnej piaskownicy.

Opowieści stare jak świat V

Author: Magdalena Janczewska

„Wiara czyni cuda”

Nadzieja, bez niej świat cały by runął a ty Wędrowcze nie szedłbyś dalej na kolejne spotkanie ze mną. Mówisz, że nadzieja jest matką głupców? Śmiem się z Tobą nie zgodzić, ale nie zamierzam cię przekonywać. Posłuchaj i sam zdecyduj. Wpierw tylko odpowiedz sobie na jedno pytanie, co sprawia, że każdego dnia wstajesz i idziesz dalej, pomimo burzy, deszczu i wiatru?
„Mam nadzieję, że jutro świat okaże się lepszy”, tak mawiała Rena każdego nowego dnia. Ale każdego następnego ranka świat wbrew jej oczekiwaniom znów nie dorastał do jej marzeń. Ale ona się nie poddawała. Co mówisz? Że ludzie się poddają, i że mało kto ma już siłę by wierzyć w lepsze jutro? Że nadzieja jest pokarmem dla naiwnych i przegranych? Widzę Wędrowcze, że masz za sobą ciężką drogę, usiądź proszę, gdyż przyda ci się to bardziej niż mógłbyś przypuszczać, a ja ci obiecuję, że gdy będziesz stąd odchodził to z nadzieją i wiarą w lepsze jutro. Zgoda? Zostaniesz z uprzejmości? Cóż i to dobre na początek. A zatem bądź uprzejmy posłuchać jak dziewczyna o imieniu Rena nosiła nadzieję w sercu, ale bez wiary… Co ma do tego wiara? Więcej niż mógłbyś przypuszczać. I uprzedzając twoje pytanie, nie, to nie jest jedno i to samo. Nadzieja sprawia, że chcesz a wiara czyni to widzialnym. Ale zacznijmy od początku.
Rena miała w sobie bardzo cenny dar – nadzieję, nosiła ją w sercu niczym najcenniejszy skarb. Ludzie lubili z nią przebywać, bo wszystkich zarażała swym zapałem i ukochaniem jutra. Miała w sercu milion historii dotyczących jej życia, każda nieznana jeszcze chwila nosiła w sobie ekscytującą tajemnicę, tajemnicę spełnienia kolejnego marzenia. Rena była bardzo kochana, była jak dziecko, które wstaje każdego dnia z nadzieją, że właśnie dziś rodzice zabiorą je do wesołego miasteczka, a tam czekać będzie na nie masa wspaniałych różności. Ludzie przechodzili obok niej i ze śmiechem ją pozdrawiali lub kiwali z niedowierzaniem głowami. Nie rozumieli jak ktoś tak doświadczony przez los mógł być tak radosny. Bo musisz wiedzieć Wędrowcze, że Rena wcale nie miała w życiu ani łatwiej ani trudniej niż pozostali. Los doświadczył ją wszelkimi odczuciami, nie poskąpił jej łez ani rozpaczy, smutku ni bólu, ale dla niej wciąż było mało, wciąż chciała doświadczać, bo miała nieustającą nadzieję, że następnego dnia los się do niej uśmiechnie.
Czy uśmiechnął się pytasz? I po co mieć nadzieję skoro i tak niewiele to daje? To samo pytanie pewnego dnia zadał Renie pewien staruszek, którego co dzień spotykała na swojej drodze do domu. To właśnie pytanie sprawiło, że po raz pierwszy w życiu uśmiech na ustach dziewczyny przygasł a strach zagościł w jej sercu. A co jeśli starzec rzeczywiście miał rację? Przecież był dużo starszy od niej i więcej zdążył już zobaczyć, więcej doświadczył. Od tego dnia smutek zagościł w oczach Reni, ludzie przestali ją pozdrawiać na ulicy a radość znikła z jej życia. Dni były podobne do siebie i żaden już nie wydawał się ekscytującą przygodą, nie było na co czekać, nie było po co żyć. Bez nadziei marzenia nie miały sensu, myślała.
Po raz pierwszy od wielu lat życie Reni zmieniło się. Rena nie wierzyła, że coś dobrego może ją spotkać, wręcz była pewna, że nic takiego nie nastąpi, a skoro nic dobrego nie mogło jej spotkać zaczęła wierzyć, że tylko złe rzeczy mogą się jej przytrafić. I tak Rena każdego nowego dnia odkrywała, że ma rację, ludzie zaczęli krzywo na nią patrzeć, ilekroć chciała czegoś bardzo zaraz okazywało się że to straci, w końcu zaczęła tak bardzo bać się złego losu, że zamknęła się całkiem w sobie. Doszła do przekonania, że ludziom też nie można ufać i jeśli ich do siebie dopuści to na pewno ją skrzywdzą, bo czyż życie nie udowodniło jej już nie raz, że każdy dzień jest pełen przeszkód i pułapek? Nadszedł w końcu taki dzień, w którym Rena uznała, że nie może już ufać nikomu. Kiedy przemykała się szybko pomiędzy budynkami zdarzało się, że ludzie obrzucali ją wyzwiskami, ‘dziwaczka’, krzyczeli z pogardą, ‘wariatka’! Rena ostatecznie doszła do wniosku, że starzec którego spotkała rok temu na swojej drodze był prawdziwym mędrcem. To on jako pierwszy pokazał jej jaki świat był naprawdę i ostrzegł przed grożącymi niebezpieczeństwami. Dziwne, ale teraz ilekroć musiała wyjść z domu, nigdy nie mogła natknąć się na niego, pomimo, że tak bardzo chciała porozmawiać z nim jeszcze raz. Miała nadzieję, że pewnego dnia go spotka i będzie miała okazję zapytać go jak żyć bez nadziei. I wtedy nie zdając sobie z tego sprawy, Rena po raz pierwszy od miesięcy dopuściła nadzieję na powrót do swego serca. Nieśmiało zaczęła kiełkować w niej wiara, że musi go spotkać, bo przecież to on był tym, który znał odpowiedź. Ta nadzieja wkrótce przerodziła się w obsesję a ta w pewność, że inaczej być nie może. Starzec był jej ostatnią deską ratunku, jej przeznaczeniem. Dniami i nocami myślała tylko o tym spotkaniu, aż w końcu pewnego szarego dnia, ni mniej ni więcej lecz dokładnie takiego jakiego się spodziewała, pojawił starzec. Szedł spokojnie w jej stronę jak zawsze tą samą drogą, lecz teraz wydawał się dla niej kimś innym. Był jej nadzieją, jej szansą na lepsze jutro. Szybko podbiegła do niego zastępując mu drogę. Starzec cofnął się przestraszony i fuknął na nią urażony. Rena była zszokowana, starzec jej nie pamiętał, nie poznał jej, jak to możliwe, przecież na zawsze odmienił jej życie, jak teraz mógł jej nie pamiętać?!
– Proszę poczekać- krzyknęła zrozpaczona ze ściśniętym emocjami gardłem. – Nie pamięta mnie pan?!
Starzec zatrzymał się zdziwiony i przyjrzał się bliżej dziewczynie i wtedy pewna myśl zaświtała mu w głowie, to była ona, ta dziewczyna, którą spotkał rok temu, ale jakże ona się zmieniła! Zupełnie jakby patrzył na jej siostrę bliźniaczkę, będącą zupełnym przeciwieństwem tej pierwszej. Wzruszył się niezmiernie i odpowiedział. – Oczywiście, że cię pamiętam moje dziecko. Od naszego ostatniego spotkania nieustannie o tobie myślę i każdego dnia żałuję na nowo swoich słów. Odkąd przestałem cię spotykać przestałem czerpać radość z moich południowych spacerów. Nikt już się do mnie nie uśmiechał, a ty, ty zawsze byłaś promykiem mojego dnia, tylko wtedy tego nie wiedziałem.
Rena słuchała słów starca a łzy strumieniem spływały po jej policzkach. Najpierw poczuła się oszukana i zdradzona, potem zła a na koniec przegrana. Zrozumiała, że starzec nie był mędrcem, a ona nie miała już nadziei. I kiedy tak stała i płakała nad własnym losem i straconym czasem, zobaczyła, że starzec też gorzko zapłakał. Pochylił się nad nią z czułością i pogłaskał po głowie- A ty mi uwierzyłaś prawda? – zapytał łamiącym się głosem.
I wtedy Rena zrozumiała, że stoi przed nią starzec w przebraniu. Pod pomarszczoną skórą kryło się małe dziecko na równi z nią łaknące pocieszenia. Uśmiechnęła się niepewnie na próbę i odpowiedziała z drżącym sercem – Ależ skąd! Nie uwierzyłam – zaprzeczyła hardo. – Tylko miałam nadzieję, że znowu pana spotkam, żeby powiedzieć, że się pan myli.
Starzec uśmiechnął się uradowany, poczuł się jakby ktoś zdjął mu olbrzymi ciężar z serca. – Dzięki Bogu, bo już się bałem, że moje nieopatrzne słowa spowodują, że staniesz się taka jak ja, a tego bym nie chciał za nic w świecie.
– Ja również – odpowiedziała cicho kiedy nie mógł już jej usłyszeć.
Rena odtąd wiedziała, że nadzieja nawet bez wiary w spełnienie jest sama w sobie pierwszym krokiem na drodze ku szczęściu. Drugim krokiem była niezachwiana wiara, przekonanie, że nadzieja utrzymywana wystarczająco długo i wytrwale wyda plon. Dzięki starcowi znała już różnicę. Wcześniej miała tylko nadzieję i każdy dzień zmieniał jej oczekiwania. Była niczym radosny motyl przeskakujący na coraz to nowy, inny kwiat, wabiony jego zapachem. Teraz potrafiła wybrać i zatrzymać się na dłużej na jednym. Z niezachwianą wiarą Rena przez miesiące wierzyła, że złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom, bo za dobrego człowieka się przecież uważała. Strach dodawał jej pewności, że nic dobrego stać się nie może, a ona brała to za fakt dokonany. Odtąd Rena podjęła twarde postanowienie, świadome postanowienie, że z równą starannością z jaką przykładała się do tworzenia swoich nieszczęść teraz przyłoży się do planowania swego szczęścia. I tak każdego dnia z trudem i wielką dbałością Rena uparcie budowała w sobie na nowo nadzieję. Kiedy patrząc na siebie w lustrze mogła już dostrzec tą samą radosną dziewczynę jaką byłą, przystąpiła z całą konsekwencją do kroku drugiego. Teraz wiedziała już jak sterować swoim statkiem, burze nie były jej straszne bo wiedziała, że sama je wywołuje, a słońce? Była pewna, że zaświeci dla niej, przecież nie mogło być inaczej, nie miała najmniejszych wątpliwości.
Czy spotkała jeszcze starca? Tak, spotykała go każdego dnia na swojej drodze, nigdy nie szczędząc mu uśmiechu, w którym kryła się wdzięczność. Tak dobrze usłyszałeś. Wdzięczność. Rena wiedziała, że starzec był darem zesłanym jej przez niebiosa. Dzięki niemu nauczyła się, jak zrobić kolejny krok na swojej drodze. Gdyby nie on, mogłaby całe życie spędzić marząc lecz nigdy nie urzeczywistnić swoich nadziei. Teraz potrafiła je odcedzać niczym ziarna od plew i wybierać mądrze te, które były jej prawdziwym wołaniem. Tak, Rena poczuła, że dojrzała, dojrzała do tego by zrodzić pierwsze owoce.
Pytasz jak wyglądało dalej jej życie, czy rzeczywiście miała wszystko co sobie wyśniła? A jak sadzisz Wędrowcze? Na ile ty jesteś wstanie uwierzyć, że masz w sobie siłę zdolną przenosić góry?
Milczysz… Potrzebujesz zakończenia… Dobrze więc, usłysz Wędrowcze, że Rena spełniała nie tylko swoje marzenia, światło jej nadziei padało również na innych, a jej życie było doskonałym dowodem na to, że cuda są na wyciągnięcie ręki.
Widzę, że nie dajesz wiary temu zakończeniu. Sam się dopytywałeś Wędrowcze, więc teraz sam zdecyduj w co chcesz wierzyć, tak jak uczyniła to Rena. Decyzja należy do Ciebie. Czy ja wierzę w tę bajkę? Wierzę, że wiara czyni cuda. I zapewniam cię, że jak dotąd nie wyszłam źle na tym przekonaniu. Uśmiechnij się Wędrowcze i z nadzieją popatrz przed siebie, może tam za następnym zakrętem natkniesz się na swoją wiarę w siebie.
Tak już lepiej… Pamiętaj, że możesz tworzyć na swojej drodze cuda.
Przy odrobinie wiary, spotkamy się znów…

Opowieści stare jak świat IV

Author: Magdalena Janczewska

„O Prawdzie”

Czym jest prawda, czy jest taka sama dla każdego, czy może każdy ma swoją? A jeżeli prawda jest czymś całkowicie subiektywnym? Co wtedy? Jak rozróżnić dobro od zła, sprawiedliwość od niesprawiedliwości? Myślałeś kiedyś o tym Wędrowcze? Cieszysz się, że znowu się spotykamy, bo odwieczny dylemat prawdy i ciebie prześladuje. Zatem posłuchaj o prawdzie starej jak świat, o prawdzie każdego człowieka, prawdzie każdej czującej istoty. Pytasz czy oznacza to, że prawda jest jednak uniwersalna? W pewnym sensie jest a w pewnym nie… Uśmiechasz się, bo domyślasz się, że jak wszystkie moje opowieści ta też ma w sobie pozornie sprzeczne prawdy…
Prawda była zawsze i jest do dziś wykorzystywana i naginana dla potrzeb żądnych władzy. Ale nie o takiej prawdzie chcę Ci mówić. Dziś opowiem o prawdzie jedynej, która jest wspólna dla wszystkich i z której wywodzi się każda inna. Dzięki temu prostemu stwierdzeniu będziesz wiedzieć jak rozróżnić co jest prawdziwe a co nie dla Ciebie.
Pogubiłeś się? Nic nie szkodzi, to dopiero początek, a te bywają trudne. Pewna kobieta też się pogubiła, dawno, dawno temu, i zaczęła szukać swojej prawdy. Po tym jak usłyszała już wszystkie możliwe wersje tej samej historii, historii stworzenia, doszła do wniosku, że żadna z nich jej nie zadowala. Babcia miała swoją wizję istnienia, matka miała podobną lecz już inną, a najmądrzejszy człowiek jakiego znała twierdził, że obie są prawdziwe. Elena, bo tak było jej na imię, z początku czuła się oszukana i zdradzona. Nie rozumiała dlaczego mędrzec kłamał ani nie chciał jej odpowiedzieć wprost jaka jest prawda o niej samej. Skoro znał prawdę, a przecież musiał ją znać, bo Elena nie znała nikogo mądrzejszego niż starzec, to nie rozumiała czemu nie chciał jej wytłumaczyć kim jest, skąd pochodzi i jaka jest prawda ludzkiego istnienia. Czy prawdą było to co widziała mama, czy babcia, a może starzec? Babcia widziała duchy i często z nimi rozmawiała w nocy, mama nigdy tego nie robiła i mówiła że babcia ma zwidy i nie zna prawdziwego życia, lecz żyje we własnym świecie, a mędrzec…szanował obie ale z żadną się nie utożsamiał. Elenę niewiele obchodziło czy duchy przychodziły do babci czy nie, ona chciała tylko wiedzieć jaka jest prawda. Jaka jest natura świata, ta prawdziwa?, zadawała to pytanie setki razy patrząc tęsknym okiem w niebo w oczekiwaniu na odpowiedź…ale tam jej nie było. Gdyby tylko wiedziała jak było na początku i jak naprawdę wszystko wygląda, jakie i czyje prawa są najważniejsze, wtedy mogłaby podjąć tę najważniejszą decyzję w swoim życiu, zacząć żyć. A tak, biedna dziewczyna czuła się zagubiona w wielu prawdach i wszystkie wydawały się jej nieprawdziwe. Jak mogła zatem dążyć do czegoś, wyznaczać sobie cele, jak mogła żyć, jeżeli nie wiedziała o co w tym życiu tak naprawdę chodzi? Kto ustala prawa? I skąd ma wiedzieć, jak ma rozpoznać które są właściwe? Mama zawsze mówiła jej żeby wierzyła tylko w to co może zobaczyć i dotknąć, ale babcia twierdziła, że wzrok bywa zawodny i nie zawsze można mu wierzyć.
Tygodniami całymi dziewczyna włóczyła się bez celu, szukając odpowiedzi na swoje pytanie. Natura miała swoją prawdę, ludzie swoją, a interesy obu nie zawsze szły w parze.. Elena postanowiła nie robić nic dopóki prawdziwa natura świata się jej nie objawi. Ostatecznie doszła do wniosku, że lepiej poczekać niż z braku wiedzy wejść w ruchome piaski. Matka urągała i żaliła się, płakała i błagała ale dziewczyna zdania nie zmieniła. Całymi dniami chodziła bez celu po okolicy, nie pracowała, nie bawiła się, tylko obserwowała. Im dłużej patrzyła tym bardziej się dziwiła jaki świat jest niedorzeczny i pełen sprzeczności. Dziwili ją ludzie, którzy dzień za dniem wykonywali te same czynności nie zastanawiając się nad niczym, bezmyślnie wykonywali swoje obowiązki nigdy nie zadając sobie pytania, po co ja to robię? Czy w tym zajęciu jest prawda? Często patrzyła na pracę w polu i dumała aż do zachodu słońca, ale stale coś jej umykało. I kiedy myślała już, że zaraz odsłoni się przed nią prawda, zawsze wydarzało się coś, co sprawiało, że jej nowe odkrycie stawało się kompletnie bezużyteczne. Tak jak wtedy, przy sianokosach, gdy usłyszała, że praca nadaje życiu sens i już zaczynała w to wierzyć, radość zaczęła w niej kiełkować i znowu odzyskała nadzieję, że Bóg jednak na nią patrzy i obchodzi Go jej problem, a teraz przemówił do niej przez tego mężczyznę. Ale zrazu nadzieja pękła jak bańka mydlana wraz ze słowami chłopca, zostawiając ją znowu na dnie, gdzie nie mogła dojrzeć prawdy. Syn mężczyzny ze złością i pretensją w głosie zwrócił się do niego dając upust długo hamowanej własnej prawdzie: „Praca to jedno wielkie oszustwo. Pracuję cały dzień, do nocy, później nie mam już siły na nic co sprawia mi radość. A wszystko to tylko po to by inni mogli się bawić i korzystać z mojego trudu! Wolałbym już być złodziejem!”. Elenę przestraszyła prawda tego chłopca. Nie chciała słuchać już więcej. Nie rozumiała dlaczego Bóg pozwolił by taki chaos panował na świecie. Miała wrażenie jakby tonęła w hałasie, w którym nie sposób było odnaleźć właściwą, prawdziwą nutę. Nagle ogarnęło ją przerażenie, strach tak paraliżujący, że odbierał jej zmysły. A co jeśli Prawdy nie ma? Co jeśli w tym wszystkim nie ma większego planu, co jeśli … kolejne myśli były jeszcze gorsze od pierwszej, nie mogła już dłużej ich słuchać! I kiedy już była bliska obłędu, nagle wpadła na mędrca, który wyłonił się przed jej nosem.
-Przestraszyłeś mnie! – wybuchła z pretensją ale i widoczną ulgą.
– Jesteś pewna, że to ja?- zapytał uśmiechając się pogodnie.
Elena zaczerwieniła się zażenowana, starzec jak zwykle widział ją na wskroś. Wstyd jej było teraz, że tak bardzo się bała.
– I jak twoje poszukiwania Eleno – zapytał łagodnie z zainteresowaniem w głosie. – Znalazłaś już swoją prawdę?
– Nie – odpowiedziała z ledwo tłumioną złością. – I wcale nie szukałam swojej prawdy! Tylko Prawdy wspólnej dla wszystkich, tej Jedynej, najważniejszej!
– A skąd ci przyszło do głowy, że to dwie różne prawdy? – zapytał zdziwiony.
Elena już miała odpowiedzieć, że to przecież jasne i oczywiste, że to dwie różne prawdy, ale coś ją powstrzymało. Jakiś wewnętrzny głos zaczął cicho wołać i mówić tym jedynym niepowtarzalnym głosem, w którym nie było żadnej fałszywej nuty. I wtedy wiedziała, że to jest jej prawda. Tak musiała brzmieć prawda. Była jak idealnie dopasowana skóra, jak to co zawsze chciała usłyszeć, lecz myślała, że jest zbyt piękne by mogło być prawdziwe.
Starzec uśmiechnął się z pobłażaniem. – Widzę, że odkryłaś swoje źródło prawdy. Teraz nie jestem ci już do niczego potrzebny. – Odwrócił się i miał już odejść kiedy dziewczyna zawołała jeszcze. – Poczekaj! Skąd mam wiedzieć, że moja prawda jest lepsza od innych? I czy powinnam im ją przekazywać?
– A czy ty uznałaś prawdę swojej matki lub babki czy choćby moją za lepszą? – Elena smutno pokiwała głową. – Czy naprawdę chciałabyś narzucić innym swoją prawdę tak jak tobie narzucano różne jej wersje od dzieciństwa? – Elena stanowczo zaprzeczyła i tylko dodała ze smutkiem – Ale to oznacza, że nic się nie zmieni, że nadal będzie panował chaos, a ludzie będą się gubić w świecie pełnym sprzeczności.
Starzec uśmiechnął się ani trochę nie zasmucony. – Ty widzisz chaos, a ja widzę porządek. Ty dostrzegasz sprzeczność a ja rękę Boga. Wsłuchaj się w swoją prawdę a doprowadzi cię do tego miejsca, którego szukasz. I wtedy poznasz, że twoja prawda i Jedyna Prawda niczym się nie różnią, ty tylko tego nie widziałaś. – Odchodząc rzucił jeszcze wesoło. – Pamiętaj, słuchaj tylko swojej prawdy, bo to jest twoja droga do celu. Dróg jest wiele, ale Prawda tylko Jedna.
Elena długo jeszcze patrzyła w ślad za starcem. Wiedziała już gdzie było źródło jej prawdy, teraz tylko musiała nauczyć się go słuchać. Jej droga wiodła przez inne rzeki i doliny niż jej babki i matki, ale ostatecznie wiedziała, że się spotkają, taki był plan, tak miało być. Z nadzieją i nowym zapałem zaczęła wsłuchiwać się w swój własny głos, bo teraz wiedziała, że zaprowadzi ją tam gdzie wszyscy w końcu się spotkamy.
Przez całą drogę nie powiedziałeś ani słowa Wędrowcze. Twoja dusza słuchała z przejęciem, słyszałam jej zachwyt nad każdym słowem. Mówisz, że też byś chciał usłyszeć szept własnej duszy? Nic prostszego. Jest tylko jeden sposób by to osiągnąć. Jaki? Słuchać Wędrowcze, słuchać…

Opowieści stare jak świat III

Author: Magdalena Janczewska

O radości!

Opowiem Ci dziś wędrowcze o smutnym–wesołym człowieku. Sprzeczność? Nie, wcale nie, jedynie z pozoru. Wielu ludzi chce żyć radością, wielu z takim zamiarem chce wędrować, ale niewielu nosi uśmiech na twarzy. Dlaczego tak jest, pytasz? Wyczuwam smutek i żal w twoim głosie… Droga do pełni prowadzi przez całą gamę barw, smutek jest zaledwie chwilą, dzięki której możesz poczuć całą wieczność radości. Nie rozumiesz? Posłuchaj więc o człowieku, który całe życie szukał odpowiedzi na to pytanie: Czym jest radość i jak ją znaleźć?
W pozornie zwyczajnym domu, z pozoru zwyczajnym mieście, urodził się chłopiec, zupełnie ‘zwyczajny’. Dlaczego zwyczajny z pozoru? Ech! Wędrowcze! Jeszcze tego nie pojąłeś? Chodzisz po tym świecie lat setki i jeszcze nie zrozumiałeś, że nie ma dwóch takich samych ludzi, dwóch takich samych chwil, że nic nie jest takie samo, a więc zwyczajne. Wszystko jest niezwykłe, inne, także i ty. Uśmiechasz się widzę z zadowoleniem. To dobrze, że cieszy cię ta myśl. Ale wróćmy teraz do innego wędrowca. Otóż chłopiec ten od wczesnych lat młodzieńczych posiadał niejasne przeczucie, że w życiu ‘chodzi o coś więcej’ niż go uczono. Nie zadawalała go myśl przeżycia swoich lat zgodnie ze schematem przewidzianym dla niego przez rodziców i społeczeństwo. Ilekroć uświadamiał sobie całą machinę, której był częścią czuł się jak bezosobowa śruba w jakimś bezsensownym kole. Kiwasz głową ze zrozumieniem, tak, wiem, że niejeden człowiek tak się czuje ale nie każdy jest równie dociekliwy jak Ten. Nasz z pozoru zwyczajny młodzieniec uznał dnia jednego, że musi odnaleźć swoją wewnętrzną radość życia. Wyrwał się więc z więzów znajomych i porzucił wszystko co znał. Wzgardzony przez współbraci i rodzinę wyruszył szukać radości w świecie. Mówisz, że też chętnie się dowiesz gdzie można ją odnaleźć? Nadstaw więc uszu Wędrowcze, bo przy końcu tej opowieści otrzymasz odpowiedź na swoje pytanie. Mężczyzna wędrował lat wiele, a z każdym mijającym rokiem jedna myśl nie dawała mu spokoju – co było celem jego życia, po co tu był jeżeli nie czerpał radości z tego istnienia, a jeżeli jego życie miało być jednak radością, to dlaczego dotąd jej nie odnalazł? Bo jakiż sens ma życie bez radości, zastanawiał się dzień po dniu. Jeżeli nic cię nie cieszy, w niczym nie widzisz sensu, jeżeli nic nie ma sensu, to po co żyć?
Oskarżasz mnie, że nie trzymam się faktów? Owszem mówiłam, że będzie to opowieść o smutnym-wesołym człowieku i nadal tak twierdzę. Cierpliwości Wędrowcze. Mężczyzna dotarł pewnego razu do równie zwykłego miasta, co jego rodzinne i spotkał równie zwyczajnych ludzi co jego bracia i rodzice. Uprzedzając twoje pytanie odpowiem ci już teraz, nie było to te same miasto, lecz podobne z pozoru. Z początku mężczyzna też się pomylił tak łudząco podobnie wyglądało tu życie. Podobne zadania wykonywane dzień po dniu, te same zasady i schematy, w których dusił się i wewnętrznie płakał. I kiedy już zrezygnowany i przygnębiony miał opuścić tę miejscowość, nagle jedna rzecz go uderzyła. Jedna jedyna różnica, która jednak była tak szokująco niepojęta dla mężczyzny, że uznał ją za moment zwrotny w swoich poszukiwaniach. Ludzie ci uśmiechali się! Śmiali się do siebie, ze sobą i generalnie wyglądali na zadowolonych! Nie, nie wyglądało to jakby udawali, to nie był ten wymuszony, formalny uśmiech, lecz ten którego zawsze szukał, prawdziwy, szczery, z głębi serca płynący. Mężczyzna stał oniemiały, powtarzając raz po raz: To niemożliwe! On już tego próbował! To przecież wcale tak nie działa. Był pewien, że w tym mieście kryje się sekret, tajemnica szczęścia, której jedynie nie widać na pierwszy rzut oka. I po raz pierwszy od lat mężczyzna poczuł coś, co mogłoby uchodzić za radość, gdyby sobie na takie czucie pozwolił.
Widzę, że rozpiera cię ciekawość, podobnie jak naszego wędrowca. Oto dotarł wreszcie do celu! Pozna sekret radosnego życia, dowie się na czym ono polega, co trzeba robić, kim trzeba być, jakie prawdy poznać, by w końcu odczuwać ten błogi stan. Cały dzień niestrudzenie mężczyzna poszukiwał odpowiedzi. Rozmawiał z każdym napotkanym człowiekiem i każdy się do niego uśmiechał ale żadem nie chciał wyjawić mu tego sekretu. Ilekroć pytał o przyczynę radości, o powód uśmiechu, otrzymywał podobną pełną zachwytu, lecz nic dla niego nie znaczącą odpowiedź: Życie jest piękne!
Po wielu godzinach nieprzerwanych poszukiwań mężczyzna doszedł do wniosku, że przyjdzie mu umrzeć u koryta rzeki z pragnienia. Ci ludzie strzegli pilnie swego sekretu radości, nie mógł się im dziwić, on też by go strzegł, nie rozumiał tylko dlaczego inni nie mogli również go poznać. Uznał więc, że radość była przywilejem wybranych, a on najwidoczniej do nich nie należał. Usiadł na kamiennej drodze i zapłakał gorzko nad swoim losem. Nie chciał już szukać ani wędrować, nie chciał pogodzić się z takim wyrokiem losu. Kiedy pomyślał, że już nigdy nie znajdzie w sobie siły żeby dźwignąć się z ziemi, poczuł na swojej dłoni delikatne muśnięcie. Mała rączka dziecięca spoczęła delikatnie na jego pomarszczonej już ręce. Podniósł zapłakane oczy powodowany zdziwieniem. Obok niego stała mała dziewczynka o pięknych złotych włosach i umorusanej buzi. Uśmiechała się nieśmiało, lekko wystraszona własną śmiałością. Jej wielkie niewinne oczy wyrażały ból, który był lustrzanym odbiciem jego. „Proszę się nie smucić”, poprosiła drżącym głosem. Mężczyzna pokiwał przecząco głową trochę z niedowierzania, trochę z żalu, albowiem nie mógł spełnić prośby dziecka, a tak bardzo chciał… „Wystarczy się uśmiechnąć”, podpowiadała dziewczynka zachęcająco, „na pewno Pan potrafi, każdy to potrafi, nawet ja”, wyszczerzyła dumnie zęby w uśmiechu. Mężczyzna już miał odpowiedzieć, że nie każdy, ale nagle pomyślał sobie, że to tylko dziecko, i że choć tyle może zrobić, żeby kogoś uszczęśliwić. I wtedy zrozumiał. Spojrzał w wielkie dziecięce oczy-zwierciadła i dojrzał w nich własny uśmiech. W odbiciu widział siebie ale już innego. Dziewczynka poznała jego sekret a on poznał jej. Ona odrzuciła jego smutek a on podążył za nią w głąb siebie. W dziecięcych oczach ujrzał siebie, swoją rozpacz i bezdenny smutek, ale nie tylko to. Dostrzegł tam też nieśmiałą iskierkę nadziei. Zobaczył radość, którą nosił w sobie cały ten czas, przez te wszystkie dni i lata. Była w nim zawsze, tylko on jej nie czuł. Myślał i szukał wszędzie tylko nie tam, nie w sobie. Przecież to on był radością. Nie mógł jej znaleźć nawet gdyby przeszedł cały świat, bo ona zawsze była w jego sercu, na dnie jego spojrzenia. Zrozumiał, że gdyby tylko popatrzył przez nią, cały świat byłby radością. To zupełnie tak jakby miał magiczne okulary, tylko o wiele doskonalsze. I wtedy zapłakał raz jeszcze, z radości, że w końcu odnalazł siebie. Chciał iść i rozgłosić tę prawdę całemu światu, by wszyscy mogli ją zrozumieć, by każdy mógł odtąd być szczęśliwy. Ogrom tego zadania i jego doniosłość tak go przejęły, że bez zwłoki podniósł się z ziemi i odtąd nie przestając się śmiać szedł, po kres swych dni, niosąc ludziom i światu radosną nowinę. Jesteśmy radością, żyjemy by się radować– po to tu jesteśmy. I z tymi słowy na ustach człowiek ów przemierzył świata drogi, a ludzie, których spotkał być może nie zawsze rozumieli tę doniosłą prawdę, lecz żaden z nich nie był wstanie oprzeć się sile jego uśmiechu i radości, którą ‘zarażał’ świat.
Milczysz? Zastanawiasz się czy ty też tak byś potrafił? A jeżeli tak to jak? Po prostu. Bądź. Bądź radością. Bądź tym, kim chcesz być. Mówisz, że gdyby to było takie proste, to każdy byłby szczęśliwy a tak nie jest? Otóż zapewniam cię Wędrowcze, że to jest tak proste, tylko ludziom wydaje się strasznie trudne, ale i to minie… Tymczasem ruszaj w drogę i nie smuć się, bo radość zawsze jest z tobą.

O samotności

Author: Magdalena Janczewska

Czy Bóg czuje się kiedykolwiek samotny? Czy tylko my ludzie zmagamy się z tym uczuciem? Bóg przecież czuje naszą samotność, doświadcza przez nas. Zastanawiam się czasem czy wszechświat cierpi razem z nami? I czy jest mi to potrzebne żeby cierpiał razem ze mną, czy dzięki temu poczułabym się lepiej? A ty? Chyba jednak nie… A przynajmniej nie dosłownie. Przecież nikt z nas nie życzyłby sobie by jego ukochani ‘po drugiej stronie’ cierpieli razem z nim. Co sprawia, że ty człowieku jesteś taki samotny pośród tłumu ludzi? Ba! Pośród mnogości wielości form wszechświata. Zagubiony, jakby oderwany od domu, stale tęskniący za tym czymś, trudnym do określenia słowami… Szamoczesz się w niepewności i niejasności swoich myśli szukając po omacku światła. Ale jak masz je zobaczyć skoro nie widzisz?! Ale zaraz…przecież światło można także poczuć. Tylko, że wydaje się to takie trudne. Wydaje się. Wszystkim nam się wydaje czasem, że jesteśmy sami, opuszczeni, nie rozumiani, nie chciani. Myślimy jakże często, że świat nas odrzucił, ale prawda jest taka, że to my odrzuciliśmy Go. Kiedy napotykamy na naszej drodze trudności, ‘przeszkody’, obrażamy się jak małe dzieci na cały świat. Nie pojmujemy ani ich sensu ani naszej wędrówki, ba, my nawet nie chcemy iść już nigdzie ani poznawać niczego. Każdy nowy człowiek, każde nowe doświadczenie to potencjalny ból, cierpienie, żal, i jeszcze większe zwątpienie, a nam się wydaje że na więcej już siły nie mamy. Po co ja tu w ogóle jestem?! – krzyczy wewnątrz rozpaczliwy głos. – Przecież ja tu ewidentnie nie pasuję, to musi być jakaś fatalna pomyłka! Przypuszczam, że dla wielu ten wewnętrzny dialog brzmi znajomo… Czasem rozglądasz się wkoło i kalkulujesz czy w ogóle warto tu zostać i dla kogo? Patrzysz na swoich bliskich i ze zdziwieniem stwierdzasz, że pośród dziesiątek otaczających cię osób jest zaledwie jedna lub dwie, może trzy, które nosisz w swoim sercu. Pustka zaczyna cię pożerać i przytłaczać, masz wrażenie, że za chwilę zamknie się nad tobą i nikt nie poda ci ręki…bo przecież wszystkich już i tak skreśliłeś, więc kto? Kto wyciągnie do ciebie dłoń?
I wtedy nieśmiało zaczyna przebijać się niewiarygodna wręcz myśl. A może Ten, o którym wszyscy tyle mówią, może to nie bajka, może warto spróbować? Ostatecznie i tak nic już nie masz do stracenia… I sam ze zdziwieniem postrzegasz, że zwracasz się tam, gdzie nigdy w swoim życiu wcześniej nie patrzyłeś, twoje usta zaczynają z trudem powtarzać słowa modlitwy. Cała gama uczuć przepływa przez twoje ciało, płacz małego dziecka wstrząsa tobą i budzi, wyrzuca niczym szalony tajfun cały żal, rozgoryczenie i ból jaki w sobie nosiłeś przez te lata. Przyłapujesz się na tym, że prosisz, błagasz o pomoc i siłę, by iść dalej i jednocześnie sam się dziwisz, że jednak zależy ci na tym by nadal iść… Z każdym słowem chwytasz się coraz bardziej tej ostatniej deski ratunku. Bo jeżeli nie Bóg, to nikt mi nie pomoże, myślisz zapalając nieśmiały promyk nadziei. I wtedy… słońce wychodzi zza chmur a ty z zaskoczeniem stwierdzasz, że jakoś ci lżej na sercu, że masz siłę by się podnieść z kolan i jeszcze trochę dłużej powalczyć o siebie. Bo przecież warto, uświadamiasz sobie, że przecież jest trochę miłości do poczucia, trochę radości do schwycenia, trochę piękna do zobaczenia, a może nawet trochę więcej niż trochę? Bo gdybyś miał umrzeć jutro, jakby wyglądało twoje dzisiaj? Czy byłoby w nim trochę czy dużo więcej radości, miłości i piękna, które zechciałbyś sobie podarować przed śmiercią? A inni? Czy nie chciałbyś im zostawić trochę tej radości, siły i pewności, żeby nie musieli powtarzać twojej historii. Łapiesz się nagle na tym, że chciałbyś, że chcesz i to całkiem sporo. Chcesz lepszego jutra, dla siebie, dla ludzi, dla świata. Przypominasz sobie siebie sprzed paru dni i ciężko ci uwierzyć, że nie chciało ci się żyć. Jesteś zadowolony, że ci się jednak udało, myślisz że jesteś szczęściarzem, masz rodzinę, i całe życie przed sobą, pełne nowych ekscytujących doświadczeń. A najpiękniejsze jest to, że możesz wybierać co chcesz robić, z kim być i jak długo, a wybór jest przecież nieograniczony. Nagle od tych wszystkich możliwości aż ci się w głowie kręci. Świat jest genialnie urządzony!, wykrzykujesz w zachwycie. I jak tu nie wierzyć w Boga? Czy Bóg czuje się samotny? A jak można czuć się samotnym w takim świecie? Samotność jest wyborem jak każdy inny, podobnie jak radość, czy poczucie bycia kochanym przez wszechświat. Co nie oznacza, że świat cię przestaje kochać kiedy ty go opuszczasz, on po prostu cierpliwie czeka aż sobie o nim przypomnisz i wtedy odpowiada na twoje wołanie.