Archive for Sierpień, 2006

Osobiste więzienie

Author: Magdalena Janczewska

Wielkie imadło zaciska się na moim ciele, na moim gardle, płucach, brzuchu. Blokuje dostęp powietrza, gdy staram się wziąć głębszy haust, boję się, że się uduszę, płytki i urywany oddech przeraża, wolę nie być świadoma tego imadła, chcę je wymazać z pamięci. Tylko gdy nastaje noc a ja tracę kontrolę nad swoim umysłem, przychodzą wszystkie spychane od lat cienie, imadło puszcza, skrzętnie zbudowana blokada za dnia, pęka jak mydlana bańka z nastaniem nocy. Własne więzienie, które miało być wybawieniem przed koszmarami znienawidzonych strachów okazało się oszukańcze, działało zdradziecko, połowicznie, by uderzyć ze zdwojoną siłą po latach. Oszukałam siebie, żeby uniknąć bólu i uciec od strachu. Teraz czuję się oszukana przez oszusta. A czegóż innego można się spodziewać po kimś z tak wątpliwą reputacją, pytam siebie? Uśmiecham się ironicznie na poły dumna z własnej przebiegłości, nawet w chwili druzgocącej porażki. Bo czy jest się z czego cieszyć, gdy całe życie uciekało się przed własnym cieniem?

Jedzenie, picie, spanie, te same żmudne czynności co wszystkie inne wykonywane w ciągu dnia, równie mechanicznie, bez zastanowienia. Ziewam zmęczona samym myśleniem o bezsensie. Czyt, mówię do ciebie!, obudź się, zdajesz sobie sprawę z płytkości swojego żywota? Czy ja zdaję sobie sprawę? Czasami widzę to jasno jak słońce, które nagle zaświeci w ponury dzień, by zaraz się schować na powrót za chmurami. Ale teraz przynajmniej pamiętam na jakiś czas, że tam jest i w duszy mi gra słoneczne niebo.

Dziś jest taki dzień, jaki będzie jutro nie wiem. Wiem za to, że za każdym razem gdy widzę, jestem zdziwiona jak ślepym można być na co dzień. Te rzadkie chwile istnienia przechowuję w sercu jak prawdziwe skarby, dowody życia na ziemi. Mogę tylko sobie wyobrazić jak pięknie jest spotkać się z kimś pod tym samym słońcem.

Pędzę za życiem lepszym, nie mam czasu dostrzec koloru kwiatów, jesień czy wiosna, to tylko element upływającego czasu wraz z którym przemija woń kwitnienia. Ile wiosen już przepadło? Kto by liczył, macham ręką w geście lekceważenia i złości. Cel jest ten sam, a to co po drodze się nie liczy! Czy aby na pewno najważniejszy jest cel, słyszę najcichszy szept w życiu, sama jestem zdziwiona, że dotarł do mnie z tak daleka. Ale jakże to tak?! – pytam się głośno, przekrzykując nieśmiały szept, cel jest wszystkim, jest sensem i tym do czego dążymy, nieomal się nie opluwam zaperzona oczywistością własnej argumentacji. Bez celu nie ma nic! To niemożliwe! Niemożliwe żeby sama droga miała jakiekolwiek znaczenie, a co dopiero żeby miała być ważniejsza. Co mówisz??? Że droga jest celem? Jeżeli droga jest celem to nawet nie zaczęłam jeszcze swojej wędrówki a już jestem tak zmęczona nieustannym biegiem. Jak mogę iść nie widząc celu? Nie dam rady, nie umiem, nie potrafię, to nie tak miało być! Żądam jasnych odpowiedzi i logicznie wytyczonych celów, nie zmienia się reguł w trakcie gry!

A odpowiedzią było echo, które głucho odbijało się od ścian pustego życia…. I tylko szept, który zaległ na dnie duszy przypominał o tym, że życie to nie gra.

Ta sama ale już inna ja wstała pewnego dnia i postanowiła uciszyć echo w swojej duszy i pozwolić głośno przemówić szeptowi. Od tamtej pory wędrówka się zaczęła.