Urodziłam się wyjątkowa

Fragment powieści fantasy: ‘Urodziłam się wyjątkowa’

Urodziłam się wyjątkowa, już w wieku pięciu lat byłam świadoma, że czeka mnie życie, które nie będzie łatwe i w niczym nie będzie przypominać tego jakie mają ci, którzy wychowywali się z ograniczoną wiedzą na Ziemi.
Moi rodzice wiedzieli, że byłam przeznaczona do celów wyższych. Mama nieraz cicho płakała kiedy myślała, że jej nie widzę, ojciec nigdy się z tym nie pogodził, wymazał z pamięci moje istnienie, traktował mnie jak powietrze. Kiedy urodziła się moja siostra, rodzice bali się, że będzie taka sama, ale kiedy okazało się, że jest całkiem zwyczajna, z ulgą całą miłość przerzucili na nią. Mama jedynie miała wyrzuty sumienia i zawsze ten sam smutny wyraz twarzy kiedy na mnie patrzyła. Jednak sądzę, że jej również spadł kamień z serca kiedy ostatecznie odeszłam. Z wiekiem, moja obecność w ich życiu i ogólnie egzystencja wśród zwykłych ludzi zaczynała przybierać niepokojący obrót, moje zdolności stawały się zbyt widoczne i coraz trudniej było mnie ignorować.
Obok naszego istnieje całkiem inny świat, o którym nie wie nikt, nie na innej planecie, jak to sobie wyobrażają zwykli, szarzy ludzie i fantazjują patrząc rozmarzonym wzrokiem w niebo. Inny świat jest tu, codziennie przechodzą obok niego, czasem się ocierają o jego inność, tajemniczy smak, ale wtedy szybko cofają się do swoich muszli wmawiając sobie, że to tylko wybujała wyobraźnia. Kiedyś myślałam, że wystarczy aby jeden z nich zobaczył to co ja, a wtedy wszyscy uwierzą – myliłam się. Z czasem zrozumiałam, że oni po prostu nie chcą wiedzieć, boją się zmian, prawdy i tego co mogliby zobaczyć, ale przede wszystkim boją się, że ich życie mogłoby się odmienić. Gdyby tylko zechcieli otworzyć oczy zobaczyliby to co ja widziałam od początku, świat, którego zasady były tak proste, że aż przerażające. W tym świecie było tylko dobro i zło, bez odcieni pomiędzy. Rzadko, lecz jednak czasem miałeś prawo wyboru, w większości jednak decyzja była podejmowana za ciebie przy narodzinach, i tak albo stawałeś się istotą urodzoną po stornie magii jasnej albo wygnańcem bezwzględnie ściganym przez wojowników Jasności. W tym świecie nie było miejsca na błędy czy pomyłki, a tak przynajmniej sądziłam kiedy byłam dzieckiem i tego mnie uczono. Później, gdy dorosłam, moja wiedza okazała się przestarzała i nieadekwatna do sytuacji. Jasność nie była taka jasna jak ją opisywano, miała wiele plam na swoim honorze a ciemność…nie zawsze była tylko czarna i zaczynała zrównywać się z Jasnością…..
Ale pozwólcie, że zacznę od początku. Urodziłam się w małej miejscowości na wschodzie Polski. Moi rodzice byli średnio zamożni, nie wyróżniali się niczym szczególnym i właśnie dlatego oni zostali wybrani do misji jaką było wychowanie mnie.
Ojciec był księgowym, zawsze skrupulatny i obowiązkowy, twardo stąpał po ziemi, nie uznawał niczego co nie dałoby się wytłumaczyć logicznie, rozumowo, stąd wyobrażacie sobie jakim ciosem i wstydem dla niego musiała być córka taka jak ja. Jego żona była typową gospodynią domową, matką Polką z powołania. Pomimo, że kochała mnie i rozpieszczała kiedy ojciec tego nie widział, czułam, że przy mnie była skrępowana i niepewna, jakby bała się, czy za chwilę nie zamienię się w potwora z dwiema głowami. I choć miała do siebie żal o to, że nie potrafi być dla mnie idealna matką przynajmniej się starała w przeciwieństwie do ojca, który zawsze wychodził z pokoju, kiedy ja do niego wchodziłam. Początkowo nie rozumiałam, gdzie popełniłam błąd i uparcie starałam się wkupić w łaski ojca, z czasem dotarło do mnie, że problemem nie było moje zachowanie lecz moja natura sama w sobie. Wtedy chyba zdecydowałam, że jeżeli ten świat odrzuca mnie jaką jestem to ja zrobię dokładnie to samo.
Kiedy przyszedł czas wysłania mnie do ziemskiej szkoły, w wieku sześciu lat, miałam już ugruntowane poglądy dotyczące mego ‘czasowego’ pobytu na ziemi. Tolerowałam innych ludzi wokół mnie lecz jednocześnie odrzucałam ich podobnie jak ojciec mnie. Ze strachu przed ich wrogością zbudowałam wokół siebie pancerz, przez który ciężko byłoby się przebić najbardziej wytrwałym. W konsekwencji w szkole nie miałam za wielu przyjaciół, byłam cicha, spokojna. A ponieważ zawsze wiedziałam, że stąd odejdę, nie miało większego sensu przywiązywanie się do ludzi których więcej nie spotkam. W najgorszych chwilach zawsze się pocieszałam, że nie należę do bandy ślepych półgłówków żyjących w absolutnej niewiedzy, byłam wybrana, wyjątkowa, a moje cierpienia niebawem się skończą i pójdę do lepszego świata.
Moja edukacja właściwa rozpoczęła się dużo wcześniej niż normalnie. Kiedy miałam trzy latka w naszym domu pojawił się nauczyciel, który zastępował mi ojca, z czasem poświęcał mi więcej uwagi niż którekolwiek z rodziców. Początkowo wzbudzał on niechęć i strach zarówno ojca jak i matki, jednak kiedy jasnym stało się, że nowego gościa nie da się przepędzić, zaakceptowano go z milczącą ignorancją, podobnie jak mnie. Później rodzice byli nawet wdzięczni, że ktoś ‘kompetentny’ przejął nade mną kontrolę. Ja natomiast z tamtego okresu pamiętam głównie fascynację i radość, że dorosła osoba całkowicie poświęca mi swoją uwagę i nie jest przy tym zdystansowana i niechętna. Normalnym wydawało mi się, że ów wysoki i chudy pan porusza różnymi kolorowymi przedmiotami, które krążyły mi nad głową niczym latająca karuzela, ze śmiechem wyciągałam rączki żeby złapać i zatrzymać któryś z barwnych klocków przy sobie, a wtedy one podskakiwały wyżej, tak, że nie mogłam ich dosięgnąć. Dopiero przy którymś razie z kolei zdałam sobie sprawę, że mogę dotknąć klocków jeżeli je do siebie przyciągnę. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy z piskiem radości złapałam duży zielony prostokąt unoszący się pod sufitem, zapragnęłam go dotknąć tak bardzo, że siłą woli zmusiłam go do obniżenia się. Mój nauczyciel był wyraźnie usatysfakcjonowany i w nagrodę pozwolił mi pobawić się całą karuzelą barw i kształtów unoszących się łagodnie na wysokości mojej twarzy.
Lekcje telekinezy nie były jedynymi jakie musiałam sobie przyswajać od najmłodszych lat, lecz dzięki nim zaczynałam rozumieć, że potrafię robić rzeczy, które dla moich rodziców są nieosiągalne. Kiedy po raz pierwszy zademonstrowałam swoje możliwości w ich obecności, najpierw wpatrywali się we mnie z niedowierzaniem a potem z potępieniem i zgrozą. A ja tylko chciałam pomóc mamie w przesunięciu kanapy, żeby mogła pod nią odkurzyć. I zanim ojciec zdążył wstać z fotela i przesunąć mebel ja odruchowo odsunęłam tapczan pod ścianę. W pierwszej chwili obydwoje zatrzymali się w pół ruchu zupełnie zaskoczeni, potem ojciec zaczął szukać mnie wzrokiem. Natychmiast ogarnęło mnie przeczucie, że zrobiłam coś niewyobrażalnie złego. Ojciec podszedł do mnie z twarzą wykrzywioną odrazą i czymś jeszcze co napawało mnie nieludzkim lękiem, wtedy otrzymałam swoje pierwsze lanie w życiu. Na oczach bezradnej matki, ojciec bił mnie po twarzy dopóki nie przewróciłam się na podłogę pod wpływem silniejszego ciosu. Przez chwilę jeszcze stał nade mną z uczuciem furii i nienawiści wypisanym na twarzy i miałam wrażenie, że zaraz zechce mnie kopnąć, odruchowo skuliłam się w kłębek, a wtedy usłyszałam błagalny szept matki: „Na miłość Boską Edmundzie opanuj się!”. Od tamtego zdarzenia nigdy już nie próbowałam zbliżyć się do ojca ani pochwalić się swoimi umiejętnościami w domu ani poza nim. Ojciec również nigdy więcej nie podniósł na mnie ręki i nie wiem czy sprawiła to rozmowa jaką przeprowadził z nim mój nauczyciel po tym jak zobaczył moją posiniaczoną twarz czy po prostu nieodparty wstręt do mnie. Dość, że od tamtej pory unikaliśmy się wzajemnie a ja miała wrażenie że nienawiść ojca wzrosła jeszcze bardziej, z tą różnica, że tym razem była odwzajemniona.
Zanim skończyłam sześć lat i nastał czas, żeby iść do zwyczajnej szkoły, miałam już opanowane podstawy telekinezy i telepatii, gdyż głos swego nauczyciela słyszałam przeważnie w swojej głowie. Kiedy teraz o tym pomyślę, to wydaje mi się dziwne, że spędziłam z nim pół swego życia, a nie mogę wydobyć z pamięci brzmienia jego głosu. Miałam też jako takie pojęcie o perswazji i blokadach, choć bardzo mgliste na tym etapie. Wiedziałam, że nauczyciel może przymusić mnie do zrobienia czegoś wbrew moje woli, co często praktykował w ramach kary za moje lenistwo bądź nieposłuszeństwo. Najbardziej nie lubiłam kiedy zmuszał mnie do powtarzania tych samych czynności w koło, np. gdy nie udało mi się wykonać jakiegoś zadania, bo za mało ćwiczyłam, zmuszał mnie najpierw do zrobienia strasznego bałaganu w moim pokoju (który zawsze musiał lśnić czystością wedle zaleceń moich pedantycznych rodziców) a potem do sprzątania każdego szczegółu, na czym przeważnie upływało mi pół dnia. Kiedy ślęczałam godzinami układając własne ubrania, zabawki i bibeloty, w głowie słyszałam jedno uporczywe zdanie: ‘Jeżeli masz czas się lenić to znaczy, że nie wykorzystałaś go całkowicie i prawidłowo’. W ten sposób nauczyłam się co znaczy obowiązkowość a także siła umysłu. Porządkując mozolnie swój pokój po raz setny marzyłam o tym, żeby kiedyś pokonać swego mistrza, sprzeciwić się mu, dla mnie to był szczyt możliwości jakie mogłam osiągnąć. Jak bardzo się myliłam, miałam się przekonać wiele lat później.
Blokada, to było słowo klucz do nie robienia tego czego nie chciałam, niestety nie potrafiłam w żaden sposób wygenerować tak silnej blokady energetycznej, której mój mistrz nie mógłby złamać. Czasami miałam wrażenie, że specjalnie mnie prowokował żeby tylko zmusić mnie do próby przeciwstawienia się mu. Niestety jako sześcioletnie dziecko niewiele mogłam jeszcze zrobić, chociaż przypuszczam, że głównym celem Mistrza Tiho na tym etapie było udowodnienie mi, że w ogóle można kształtować rzeczywistość siłą umysłu, a nie od razu nauczenie mnie tej sztuki, na to miałam przed sobą lata. O materializacji i przyciąganiu różnych wizualizacji nie wiedziałam nic, poza tym, że mój mistrz to potrafi. Być może nie chciał mnie oświecać za młodu w tym konkretnym temacie, z obawy, że jego skutki będą zbytnio rzucać się w oczy w tym świecie. Podczas gdy pozostałe umiejętności polegały na manipulacji ludzkim umysłem i niewidzialną energią, tak umiejętność materializacji dawała realną, to jest widoczną władzę. Kiedy mojemu nauczycielowi Tiho był potrzebny jakiś przedmiot nie prosił mnie żebym go przyniosła z innego pokoju, nie czekał też do dnia następnego żeby go przynieść ze sobą, po prostu skupiał się na jego wizji a za chwilę widziałam jak powoli nabiera on kształtów i tworzy się na naszych oczach. Później dowiedziałam się, że nie były to przedmioty magicznie stworzone przez mistrza, tylko realnie istniejące, znikały z miejsc sobie przynależnych i pojawiały się w moim małym pokoiku dziecinnym. Czasem mama znajdowała u mnie jakieś przedmioty, o których mistrz zapomniał i z wyrzutem w oczach po cichu wynosiła je i wyrzucała do kosza, żeby ojciec nie był zły. Przeważnie były to zwyczajne rzeczy użytku codziennego jak długopisy, tablica czy książki, zdarzały się jednak również inne, od których emanowało silne pole energetyczne i wyglądały trochę… nieziemsko. Tych mama nie dotykała, tylko marszczyła czoło na ich widok i oskarżycielsko, jakby to była moja wina, że tu są, kazała mi to odnieść skąd się wzięło. I choć ten nakaz był dla mnie niewykonalny przy moich niewielkich umiejętnościach, posłusznie kiwałam głową świadoma, że żadne tłumaczenie nie jest możliwe. Rodzice zabronili mi mówić o moich tajnych lekcjach, traktowali ten temat jak tabu, coś czego należy się wstydzić, a ja po cichu byłam dumna że jestem inna, inna niż oni.
Czy Edmund i Jadwiga byli moimi biologicznymi rodzicami? Myślę, że częściowo tak. Na pewno dali mi wygląd zewnętrzny i swoje DNA, ale jak się okazało nie tylko oni… W ósmym miesiącu ciąży mama leżała w szpitalu na podtrzymaniu i lekarze nie dawali wielkich szans na przeżycie płodu. Chirurdzy debatowali nad tym czy operować a mama… przeżywała swoje pierwsze spotkanie z innym wymiarem. Przyszli do niej ubrani w dziwaczne długie płaszcze-sutanny, mieli poważne miny i jakąś dziwną moc w oczach, pod wpływem której mama czuła się całkowicie zniewolona. Potem po kolei dotykali jej brzucha, mama nie bała się, wiedziała że są tu żeby uratować jej dziecko. Było ich czterech, każdy na swój sposób inny a jednak bardzo podobny. Za każdym razem kiedy przykładali dłonie do jej brzucha czuła się silniejsza i dziwnie wszechmocna. Miała wrażenie, że jest wstanie osiągnąć wszystko czego zapragnie, wystarczyło tylko by chciała. Ich twarze surowe i groźne były jednocześnie piękne w swojej nieograniczonej mocy. Blade oblicza, pałające siłą oczy i smukłe sylwetki zakapturzonych mężczyzn, których wieku nie dało się określić, miały wryć się w jej pamięć na długie lata. Później nawiedzali ją w snach, które nie dały jej zapomnieć, że dziecko nie należy już do niej, ale do nich, a ona ma je tylko ‘przechować’ do czasu kiedy się zjawią. Początkowo sądziła, że wszystko było tylko marą senną ale już pierwszego dnia po przybyciu do domu, zjawił się u nich mistrz Tiho i oznajmił, że za trzy lata przybędzie żeby zaopiekować się mną do czasu pełnoletności. Jestem pewna, że wtedy ojciec po raz pierwszy i ostatni próbował siłą przeciwstawić się mistrzowi. Nigdy nie dowiem się co się wówczas wydarzyło, bo mama nie chciała ze mną o tym mówić, musiało to być jednak znamienne, gdyż ojciec bał się zawsze choćby spojrzeć Tiho w oczy jak równemu sobie. Co do mnie, to zawsze miałam szacunek i swego rodzaju uwielbienie dla mistrza, gdyż dał mi znacznie więcej niż ‘zakazaną’ w domu wiedzę, dał mi poczucie bezpieczeństwa i uczucie, którego wprawdzie nie mogę nazwać miłością, ale z pewnością bezgranicznym przywiązaniem i zaufaniem. Przez długie lata żyłam jedynie tymi lekcjami, poza nimi czułam się wyobcowana i niechciana.
W podstawówce dowiedziałam się, że mam nietypowe imię – Raissa. Przypuszczam, że wybrano je w wierze, że będzie pasować do obu światów nie wyróżniając się przy tym zanadto. Ktokolwiek je wybierał, z pewnością nie wiedział jakie imiona są ‘normalne’ i powszechnie używane, mogłam mieć tylko nadzieję, że Raissa będzie inaczej odbierane po drugiej stronie. Inne dzieci szydziły ze mnie niemiłosiernie, a ponieważ nikt nie nauczył mnie bronić się słowami a moje umiejętności były zakazane, szybko stałam się szkolnym popychadłem i dziwadłem.
Nauczyciele uważali, że jestem bystra ale nieśmiała i pocieszali moich rodziców, (jakby ich to w ogóle obchodziło) że z wiekiem to minie. Problemów z nauką nigdy nie miałam, mój umysł, wyćwiczony za młodu, chłoną wiedzę jak gąbka, a ponieważ nie wyrywałam się do przodu przed innych, moja nadzwyczajna w tym wieku inteligencja została niezauważona, co zresztą było wszystkim na rękę, nie tylko mistrzowi ale także moim rodzicom.
Kasia przyszła na świat kiedy miałam trzy latka i właśnie zaczynałam pobierać nauki u mistrza Tiho. Na początku sądziłam, że otrzymałam drugą szansę, Kasia była dla mnie nadzieją, kimś kogo mogłam kochać bez obawy przed odrzuceniem. Niestety moje złudzenia szybko zostały rozwiane owego felernego dnia kiedy ujawniłam w domu swój talent przesuwania przedmiotów na odległość. Ojciec, natychmiast wprowadził surowe reguły dotyczące moich kontaktów z malutką Kasią. W praktyce ograniczały się one do zera, gdyż mogłam przebywać z nią jedynie w obecności któregoś z rodziców. Nawet mama pozostała nieugięta w tej sprawie, w konsekwencji mogłam dowoli patrzeć na swoją młodszą siostrę, ale nie zbliżać się i przenigdy dotykać.
Kasia stała się zadośćuczynieniem dla moich rodziców. Myślę, że w dniu, w którym przyszła na świat ostatecznie straciłam również matkę. Rodzice najchętniej pozbyliby się mnie już wtedy, sądzę, że nie kierowała nimi nienawiść w tym względzie, ale strach o Kasię, normalne życie, na które znowu mieli szansę. Wbrew temu co podejrzewali, nie zamierzałam w żaden sposób mścić się na swojej siostrze za miłość, której nie otrzymałam, a którą ona została obdarowana podwójnie. Chciałam jedynie mieć w niej przyjaciela, ale i to mi uniemożliwiono.
Szkoła podstawowa okazała się gorszym koszmarem niż mogłam przypuszczać. Im starsza byłam, tym dotkliwiej odczuwałam swoją odmienność. Nie interesowały mnie zabawy szkolne ani płeć przeciwna, chłopcy wydawali się dziecinni i słabi. Kiedy skończyłam 14 lat uważałam się już za doświadczonego maga i z pogardą patrzyłam na swoich rówieśników uganiających się po korytarzu jak podlotki. Moja siostra, miała wówczas 11 lat i czego można było się spodziewać była dla mnie kompletnie obcą osobą. Rodzice hołdując zasadzie ‘przezorny zawsze ubezpieczony’ posłali ją do innej szkoły, znacznie oddalonej od miejsca zamieszkania. Cel został osiągnięty, Kasia i ja nie miałyśmy ze sobą żadnego kontaktu, czy to w szkole czy w domu.
Jako czternastolatka zaczęłam już wzbudzać zainteresowanie płci przeciwnej i nawet moja burkliwa natura nie odstraszała niektórych zalotników. Moim największym i zarazem najbardziej znienawidzonym wielbicielem był Łukasz. Kiedy odrzuciłam jego wielkoduszną propozycję odprowadzenia mnie do domu po szkole postanowił mścić się na mnie przy każdej nadarzającej się okazji. I tak kiedy wchodziłam do szkoły chłopcy z mojej klasy wyzywali mnie (co mnie nie wzruszało, gdyż od I klasy zdążyłam się przyzwyczaić), zamykali mnie w szatni, tak że spóźniałam się na lekcje, oblewali wodą na przerwach a zimą obrzucali śnieżkami. Nie skarżyłam się nigdy, na wsparcie rodziców liczyć nie mogłam, poza tym byłam zbyt dumna żeby prosić o pomoc kogokolwiek. Jak się możecie domyślić pewnego dnia miarka się przebrała. Tego dnia miałam otrzymać pierwszy stopień wtajemniczenia w sztuce materializacji. Jak już wspominałam, mój nauczyciel uznał, że dotąd byłam zbyt młoda i niedojrzała żeby uczyć się tego przedmiotu. Obawiał się, że w razie wybuchu niekontrolowanej złości, mogę np. zmaterializować tygrysa przed swoimi rówieśnikami. Na nic zdały się moje prośby i tłumaczenia, że jestem wzorowym uczniem i nigdy nie daję się ponieść emocjom. Mistrz Tiho był nieugięty w tej kwestii. A kiedy w końcu nadszedł ten dzień, czułam się tak szczęśliwa i podniecona, że przez chwilę nawet rozważałam zrobienie sobie wagarów. Nie chciałam żeby ten dzień został zakłócony w żaden sposób. Z większym niż zazwyczaj rozdrażnieniem czekałam do ostatniego dzwonka. Zbiegałam ze schodów podekscytowana jak nigdy dotąd. Popędziłam do szatni, wybiegłam ze szkoły nie zmieniając obuwia. W połowie drogi do domu, na mojej drodze stanął Łukasz. Stał pośrodku przejścia między blokami z czterema innymi kolegami z naszej klasy. Poczułam znajomy skurcz w żołądku, nie bałam się, że zrobią mi krzywdę, byłam przerażona, że spóźnię się na lekcje z mistrzem Tiho. Poczułam jak zalewa mnie tłamszona latami fala wściekłości i buntu, tym razem nie zamierzałam pozwolić żeby znęcali się nade mną i odebrali mi upragnioną, wyczekiwaną od lat lekcję.
Zejdź mi z oczu Łukasz, bo pożałujesz – mój głos ociekał jadem i nienawiścią.
Przez chwilę gapili się na mnie w osłupieniu, nie spodziewali się, że w ogóle ośmielę się odezwać, a już na pewno nie w ten sposób.
To ty umiesz umówić? – Łukasz przyjął postawę pewniaka, za plecami miał czterech kolegów, przed którymi nie mógł się skompromitować. Zaczął się rechotać chcąc stłumić nerwowe drżenie głosu.
Spadaj gówniarzu, weź swoje pieski i zmykaj do mamusi póki jeszcze możesz – warknęłam całkowicie się nie kontrolując. Przed oczami tańczyły mi czerwone plamy wściekłości. Energia wzbierała we mnie falami i czułam, że za chwilę eksploduję jak odkorkowany szampan.
Ty… dziwko! – wrzasnął Łukasz całkowicie zbity z tropu. Nie tak miała przebiegać ta rozgrywka. Gówniara upokorzyła go właśnie publicznie i musiał się odegrać albo nie będzie miał życia w tej szkole.
Rzucił się w moim kierunku i z całej siły popchnął na asfalt. Zanim zdążyłam się zorientować co ten tchórz robi, już leżałam na ziemi. Nie czułam bólu, jedynie wściekłość. Łukasz stał nade mną z furią wypisaną na twarzy i zastanawiał się nad następnym ruchem, ja wcale się nie zastanawiałam. Zanim zdążyłam pomyśleć, już cała zebrana we mnie kipiąca energia znalazła znajome ujście. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w swoją ofiarę, moja twarz musiała być wykrzywiona mściwie, bo zarówno Łukasz jak i pozostali wpatrywali się we mnie w szoku. Ja tymczasem nie wychodziłam z transu, napierałam na Łukasza całą swoja wolą i nienawiścią, chłopak miał przerażenia wymalowane na twarzy. Wyglądał jakby właśnie zobaczył ducha. Tymczasem coś, co odebrało mu kontrolę nad własnym ciałem uparcie zmuszało go do zrobienia sobie krzywdy, a on czuł się jakby został więźniem własnej cielesności. To uczucie było mi bardzo dobrze znane. Różnica była taka, że mnie oswajano z tymi siłami od dziecka, a dla zwykłego człowieka utrata kontroli nad własnym umysłem musiała być doświadczeniem na tyle strasznym, że mogła prowadzić do postradania zmysłów. Łukasz wyglądał jak zagubione dziecko, które zupełnie nie rozumie co się z nim dzieje. Zanim doszedł do betonowego słupa, do którego kierowałam go nieubłaganie, zaczął krzyczeć z przerażenia, jak wariat zamknięty w kaftan bezpieczeństwa. To jednak nie otrzeźwiło mnie na tyle żeby przestać. Nasi koledzy stali w miejscu sparaliżowani strachem. Bali się zbliżyć do mnie i do Łukasza nie wiedząc co się z nim dzieje. Za to Łukasz doskonale wiedział co zaraz się stanie i dlatego skomlał jak bezbronny szczeniak. Kiedy mocno chwycił rękoma betonowy słup i uderzył głową na jego czole pojawiła się krew. W tym momencie chłopcy otrzeźwieli i rzucili się w stronę Łukasza, próbując oderwać jego dłonie kurczowo zaciśnięte na słupie. On jednak jak szaleniec wyrywał się i napierał z całych sił na beton, krzycząc przy tym przeraźliwie. Wtedy jeden z chłopaków odwrócił się w moją stroną i krzyknął do mnie z rozpaczą w głosie – Przestań! Słyszysz?! Zabijesz go wariatko!!! Wtedy spojrzałam na niego przytomniejszymi oczyma, jakbym właśnie obudziła się ze snu. Łukasz leżał na ziemi nieprzytomny z rozwalonym czołem a jego koledzy gapili się w popłochu to na niego to na mnie. Wstałam na miękkich nogach, byłam równie przerażona tym co zrobiłam co oni. Zebrałam mechanicznie swoje rzeczy starając się nie patrzeć w ich stronę, dumnie uniosłam głowę i poszłam w swoją stronę. Nikt nie próbował mnie zatrzymać.
Kiedy dotarłam do domu cała radość ze spodziewanej lekcji uleciała, jedyne o czym mogłam myśleć to jaka kara mnie spotka za to co zrobiłam. Mistrz Tiho już czekał w moim pokoju. Kiedy weszłam starając się wyglądać normalnie, od razu wyczuł mój strach i wahanie. Moja aura była przesiąknięta poczuciem winy. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć już poczułam jak zakrada się do mojej głowy, nawet nie próbowałam stawiać oporu, to by tylko pogorszyło sprawę. Cierpliwie czekałam aż wydobędzie wszystko z mego umysłu jak z otwartej księgi. Kiedy skończył uniósł swoje mądre oczy i spojrzał na mnie z wyrzutem.
Przecież wiesz, że nie wolno ci używać twoich zdolności w tym świecie – usłyszałam przyganę w swojej głowie.
Wiem, przepraszam – odpowiedziałam w ten sam sposób. Mistrz nalegał żebym zawsze porozumiewała się z nim telepatycznie, gdyż było to nie tylko lekcją samą w sobie, co skutecznie uniemożliwiało dostanie się niektórych informacji w niepowołane ręce.
Nie próbowałam nawet się tłumaczyć, wszystko było biało na czarnym w mojej głowie, łącznie z moimi motywami.
Wykazałaś się dużym brakiem samokontroli i opanowania, wojownik światła w odróżnieniu od magów z ciemnej strony świata, wie kiedy się zatrzymać i nie pozwala się ponieść emocjom.
Miałam ochotę się rozpłakać, nie dość, że sama krytyka nauczyciela Tiho była już dla mnie wystarczającą karą, to jeszcze byłam pewna, że teraz nie wprowadzi mnie w techniki materializacji.
Raisso, musisz ponieść karę za swoje zachowanie niegodne wojowniczki Jasności. – Przez chwilę patrzył na mnie jakby mierzył wzrokiem ile mogę wytrzymać, jaka kara będzie odpowiednio sroga. Poczułam dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa, miałam przeczucie, że coś niedobrego chodziło mojemu nauczycielowi po głowie. – Przez następny rok będziesz chodziła na wszystkie zabawy szkolne, twoim zadaniem będzie zaprzyjaźnić się z rówieśnikami i poznać ich bliżej.
Jęknęłam z rozpaczy. Nie wiem co byłoby gorsze, odwołanie nowych zajęć czy to! Zupełnie nie pojmowałam dlaczego mój mistrz wybrał taką karę, nigdy nie podejrzewałam go o bezcelowy sadyzm. Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem, niemym wyrzutem. Kara wydawała mi się zbyt okrutna i bezsensowna.
Nie bez powodu zostałaś wybrano Raisso – odpowiedział, jak zwykle doskonale rozumiejąc moje wątpliwości. – Urodziłaś się jako zwykły człowiek i tu dorastasz. Myślałem, że jesteś bystrą dziewczyną i domyślisz się, że nic nie dzieje się bez powodu. – Jego siwe krzaczaste brwi wygięły się w łuk kiedy spojrzał na mnie pytająco.
I wtedy mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę, że powinnam nauczyć się być zwyczajną dziewczynką, rozumieć swoich rówieśników i ich postępowanie. Mam znać oba światy i umieć w dwóch funkcjonować.
Wówczas sądziłam, że jestem kimś ważnym i przeznaczono mi istotna misję, w ten sposób mój nauczyciel podarował mi cenny prezent, przyjaźń, której być może nigdy bym nie odkryła, gdyby nie ta kara. W przyszłości ta umiejętność, to jest zawierania znajomości, miała okazać się użyteczna, ale nie w tym świecie jak wtedy sądziłam. Kara była niczym innym jak nagrodą dla zagubionego dziecka, które postanowiło na złość innym odrzucać każdą wyciągniętą dłoń.
Moja upragniona lekcja materializacji odbyła się zgodnie z planem i okazało się, że wcale nie sprawia mi takiej przyjemności jak oczekiwałam. Nigdy też nie osiągnęłam największych możliwości w tej dziedzinie, być może dlatego, że stosunkowo późno zaczęłam naukę i ten czas był już nie do odrobienia, ale o tym opowiem później.
Ostatni rok szkoły przyniósł wiele zmian. Chłopcy przestali mi dokuczać, Łukasz miał lekki wstrząsu mózgu ale na całe szczęście wyszedł z tego bez większego szwanku na zdrowiu. Nie wiem czy moi ‘koledzy’ starali się skarżyć na mnie, dość, że sprawa nigdy nie wypłynęła. Być może bali się przyznać do swoich zamiarów tamtego dnia, a może po prostu nikt im nie uwierzył, bo kto by podejrzewał 14-latkę o pobicie silnego chłopaka w obecności jego kolegów. Pomimo, że już nigdy nie udało mi się wzbudzić zaufania w męskiej części klasy, to koleżanki, a przynajmniej ich część (głównie ta represjonowana podobnie jak ja) przyjęły mnie do swego grona bez większych oporów. Ja zaś przykładałam się do nowego zadania równie pieczołowicie jak do innych, święcie przekonana, że jest w tym jakiś ukryty cel.
Mojego jedynego i prawdziwego przyjaciela poznałam w szkole średniej. Był nim Bartek, to chyba pierwsza osoba w moim krótkim życiu, która pokochała mnie bezwarunkowo. Była to miłość beznadziejna z samego założenia, jednak oddanie Bartka nie miało granic i nigdy nie zmalało. To on wysłuchiwał moich zmagań z losem, rodzicami i rówieśnikami. Pod tym względem nie różniłam się od innych dorastających nastolatek, miałam swoje marzenia i tęsknoty, z tym, że w moim przypadku dotyczyły one miłości pochodzącej nie z tego świata. Bartek zawsze przeczuwał, że jest we mnie coś innego, ale nigdy nie zadawał pytań, to była tego typu znajomość, która nie wymagała tłumaczenia się.
A ponieważ Bartek dawał mi to, czego odmawiano mi przez całe dzieciństwo, to jest ciepło i współczucie, ja w zamian postanowiłam stać się jego aniołem stróżem. Obiecałam sobie, że póki tu jestem nie pozwolę by stała mu się krzywda. I tak w przedziwny sposób Bartka omijało odpytywanie na lekcjach i wszelkie nagany za okazyjne wagary. Bartek nigdy nie dawał się zastraszyć, bo nikt tego nie próbował. Kiedy największy sadysta, który parał się wyłudzaniem haraczy zbliżał się do Bartka, wszyscy w osłupieniu patrzyli jak po chwili odchodzi pożyczając długopis lub inny zbędny mu bubel. Zawsze miał wtedy niewyraźną minę, jakby zupełnie zapomniał co chciał powiedzieć czy zrobić, odchodził zbity z tropu drapiąc się w zamyśleniu po głowie. Pół szkoły sądziło, że Bartek jest jego dobrym kumplem a nikt nie odważyłby się zadzierać z kolegą chłopaka, który trzęsie całą szkołą. Bartek zaskoczony zawsze powtarzał, że nie rozumie dlaczego ten gość uparł się żeby zawsze od niego pożyczać długopisy, ale na wszelki wypadek miał kilka przy sobie.
W ten oto sposób zawarliśmy niepisany sojusz, byliśmy nierozłączni, a piękno tego związku polegało na tym, że każde z nas czerpało z niego to czego najbardziej potrzebowało. Dlaczego Bartek uznał, że właśnie ja mogę dać mu poczucie bezpieczeństwa, nie wiem. Kiedy go o to zapytałam parę lat później, odpowiedział, że biła ode mnie jakaś aura samodzielności a zarazem tajemniczości, która sprawiła, że zapragnął być jej częścią. A kiedy mnie już poznał to wiedział, że nigdy go nie wyśmieję i nie odrzucę z powodu jego niedoskonałości, bo za wiele razy dostałam od życia żeby bezmyślnie spisywać na straty choćby jednego uczciwego człowieka. I miał rację. Bartek był szczery i przy tym ślepo oddany i za to właśnie go pokochałam na swój sposób. On z kolei pokochał mnie za moją siłę i nieugiętość, której mu brakowało w codziennych zmaganiach z losem. Muszę przyznać, że kiedy wspólnie lizaliśmy rany naszego dzieciństwa, nieraz byłam wdzięczna losowi, że urodziłam się jednak w swojej rodzinie.
Dzięki Bartkowi omijały mnie liczne propozycje wyjściowe od chłopaków ze szkoły, a co za tym idzie, typowe miłostki jakie przeżywały nieustannie moje koleżanki. Nie miałam zatem więcej problemów ani okazji doświadczyć fatalnych skutków zauroczenia jakie zdarzyło mi się w podstawówce. Taki układ był mi tym bardziej na rękę, gdyż żaden z moich kolegów nie byłby wstanie ani mnie zrozumieć ani zaimponować. Myślę, że Bartek również zdawał sobie z tego sprawę i nigdy nie próbował wystawiać naszej przyjaźni na próbę.
Jeżeli chodzi o moje układy z siostrą, to z wiekiem nauczyła się traktować mnie jak trędowatą, co było niestety do przewidzenia, biorąc pod uwagę stosunek jaki mieli do mnie rodzice. Nawet kiedy zdarzyło mi się natknąć na nią parę razy w mieście, mijała mnie długim łukiem, jakby bała się że zarazi się nieznaną chorobą, a może po prostu wstydziła się przyznać, że jesteśmy spokrewnione, w końcu nie byłam miss popularności. Kasia zaś zaczynała z wiekiem upodabniać się do tych dziewczyn, które dla akceptacji otoczenia i ogólnego uznania są gotowe poświęcić swoje poglądy i uczciwość. Nie rozumiem dlaczego tak bardzo bała się być sobą, być może nie chciała skończyć jak ja, w końcu ‘inna’ w języku tego świata znaczy dziwna, a to już nie jest przydomek z którym łatwo się żyje, coś o tym wiedziałam.
W wieku 17 lat mój dzień nadal wyglądał tak samo, pomimo wielu innych możliwości jakie dawała młodość. Jeszcze przed wyjściem do szkoły spędzałam dwie godziny na ćwiczeniu technik przerabianych z mistrzem Tiho, po szkole natychmiast wracałam do domu, codziennie z wiernym Bartkiem u boku. Nigdy nie zaprosiłam go do środka, a on nie miał mi tego za złe. Rozumiał aż za dobrze powody jakie mogły się za tym kryć. W moim przypadku były one bardzo proste, rodzice nie życzyli sobie żebym przyprowadzała kogokolwiek do domu, przynajmniej dopóki mistrz Tiho nadal ‘zaszczycał’ nas swoją obecnością. Akurat tego nie miałam im za złe, nawet gdybym chciała z kimś się spotkać to moje obowiązki skutecznie mi to uniemożliwiały. Bartka widywałam w szkole i w każdą niedzielę, kiedy nauczyciel Tiho odchodził. Spotykaliśmy się na obrzeżach miasta, w ruinach zniszczonych chat. Potrafiliśmy gadać godzinami albo milczeć przez pół nocy. Bartek nieraz patrzył na mnie rozmarzonym wzrokiem, szybko odwracając głowę, kiedy został przyłapany na gorącym uczynku. Zdawałam sobie sprawę, że już nie jestem dziewczynką, ale kobietą i powoli zaczynałam czuć przedsmak władzy jaką niesie uroda. Z długimi czarnymi włosami, które falowały wokół bladej drobnej twarzy i wielkim zielonymi oczami, które wydawać się mogło zajmowały większość twarzy, przykuwałam wzrok niejednego mężczyzny.
Pewnej niedzieli mój mistrz zwrócił mi uwagę na możliwości jakie uroda może otwierać przed sprytnym adeptem. Mogłam się spodziewać, że nawet rzeczy tak oczywistej jak wygląd zewnętrzny nie można pozostawić samej sobie! Mistrz zgłosił zatem wniosek o przydzielenie mi dodatkowej nauczycielki, która wprowadziłaby mnie w niezbędna sztukę omamiania zmysłów również ciałem, gdyż sam z przyczyn oczywistych temu jednemu zadaniu nie mógł podołać. Perspektywa marnotrawienia czasu na ślęczeniu przed lustrem nie wprawiła mnie w dobry nastrój. Nie dość, że miałam poważne problemy z materializowaniem przedmiotów trudno dostępnych oraz magicznych, to jeszcze to! Pomimo godzin wytrwałych ćwiczeń nie potrafiłam opanować perfekcyjnie techniki przywoływania niektórych artefaktów. Być może powodem była moja niewystarczająca znajomość wszystkich magicznych użytków (mistrz miał ograniczone możliwości przenoszenia takich przedmiotów na tą stronę), lub po prostu, z czym nie chciałam się pogodzić, nie byłam szczególnie utalentowana.
Tej niedzieli nie tylko dowiedziałam się o dodatkowych zajęciach ale także nie udało mi się zmaterializować na dłoni eliksiru młodości, który mistrz trzymał w kieszeni swego płaszcza (przewrotnie zwany tak, gdyż powodował utratę pamięci aż do wczesnego dzieciństwa, a zatem wszystkich zdobywanych przez lata technik magicznych). Zamiast skoncentrować się i postarać bardziej, dałam się ponieść nerwom. Nauczyciel Tiho z niesmakiem wypisanym na twarzy odszedł bez słowa pożegnania. Postępy ucznia były nie tylko jego świadectwem ale także jego nauczycieli, tak więc czułam się podwójnie źle z własnym niedołęstwem. Wiedziałam, że czas naglił i zostały mi już najwyżej trzy, cztery lata nauki, a potem moje wyobrażenia miały się zmierzyć z prawdziwym światem, tym, z którego pochodził Tiho.
Tego wieczoru pędziłam do ruin za miastem żeby dać upust swemu żalowi. Wiedziałam, że przy Bartku odnajdę spokój i ciszę. On mnie nie oceniał, wystarczyło, że był, jak zawsze pełen cierpliwości i zrozumienia. Ale i to się miało zmienić dzisiaj.
Już z daleka widziałam ich sylwetki pochylone ku sobie, siedzieli na naszym murku trzymając się za ręce. W pierwszej chwili nie mogłam w to uwierzyć, a kiedy Bartek obrócił się w moją stronę z uczuciem winy wypisanym na twarz już wiedziałam, że to nie był przypadek. Poczułam się zdradzona, oszukana i wykorzystana, chociaż sama nigdy nie chciałam być na miejscu tej dziewczyny, to innym też odmawiałam tego prawa. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Baretk wołał mnie ale nie zostawił tamtej dziewczyny i nie ruszył za mną.
Później nie było już tak samo. Do domu wracałam sama, Bartek odprowadzał Anitę. Nadal siedzieliśmy w jednej ławce ale nieskrępowana szczerość znikła na zawsze. Anita przemieniła Bartka w radosnego, pełnego optymizmu człowieka, a mnie się to nigdy nie udało, mimo wszystkich posiadanych magicznych mocy. Każdą przerwę do ostatniej minuty spędzał z Anitą. W niedziele żadne z nas już nie chodziło za miasto. Moje koleżanki z klasy posyłały mi spojrzenia pełne współczucia, a za plecami naśmiewały się ze mnie. Wszyscy się dziwili dlaczego ciągle z nim siedzę w jednej ławce podczas gdy on umawia się z inną, na co ja wzruszałam ramionami i odpowiadałam „a czemu nie?”. I tak na zewnątrz wyglądało, że nie mam żadnej godności osobistej i jestem po uszy zakochana w Bartku. Jednego dnia, w ramach zemsty postanowiłam zdjąć swój parasol ochronny znad głowy Bartka, uznałam, że skoro on mnie zdradził to powinien odtąd radzić sobie sam. Przez cały dzień nauczyciele nie mogli się nadziwić dlaczego jeden uczeń nie ma oceny z odpowiedzi (ja nigdy nie unikałam ognia pytań, była to dla mnie swego rodzaju rozrywką podczas nudnych zajęć). Tego dnia Bartek był pytany na każdej lekcji i prawie zawsze dostał pałę. Wracał do ławki z przygarbionymi ramionami i nosem zwieszonym na kwintę, patrzył na mnie zdziwiony jakby szukał wytłumaczenia tego niespotykanego pecha. A ja odwracałam wzrok powtarzając sobie w duchu ‘I dobrze mu tak!’. Na przerwie też nie było lepiej. Tym razem długopisy mu nie pomogły. Krzysiek, nie zapomniał czego chce od Bartka, i doskonale wiedział w jaki sposób to uzyskać. Na oczach Anity i całej szkoły przywalił mu w nos, tak, że krew chlusnęła mu na koszulę, Bartek drżącą rękę wyjął całe pieniądze jakie miał przy sobie i z przerażoną miną dziecka oddał Krzyśkowi. Kiedy ten odwrócił się i podszedł do pobladłej i trzęsącej się ze strachu Anity Bartek skoczył na równe nogi i wrzasnął z gardłem ściśniętym z tłumionych emocji – Zostaw ją! Oddałem ci już wszystko! Nie mamy nic więcej…
Krzysiek tylko uśmiechnął się ironicznie i stanął nad biedną dziewczyną, wyciągnął łapę i wykrzywił paskudnie gębę.
To jak mała, dołożysz coś jeszcze czy mam przerobić buźkę twego chłopaka?
Tego było za wiele. Bartek dostał to, czego dzięki mnie nie doświadczył przez ostatnie trzy lata, ale ta dziewczyna zupełnie nieświadomie weszła mi w drogę. Poza tym, najbardziej ze wszystkiego nienawidziłam przemocy względem bezbronnych kobiet.
Skupiłam całą swoją uwagę na Krzyśku, nie widziałam już kręgu tchórzliwych gapiów, ani przerażonych twarzy Anity i Bartka. Widziałam oczyma Krzyśka, a to co ukazywało się właśnie przed nim nie można było nazwać pięknym obrazem. Anita nie była już małą przygarbioną dziewczyną ze łzami w oczach. Jej twarz była porośnięta skorupą ropiejących wrzodów, z których wykluwały się pająki rozrywając obślizgłą skórę. We włosach dziewczyny raz po raz przebłyskiwały tłuste robale, które mościły się tam niczym w gnieździe. Oczy były nienaturalnie czarne pozbawione białek, a z ust wysypywały się karaluchy. Wyglądało to tak jakby wymiotowała nimi co chwila, nie mogąc się powstrzymać.
Nie mogłam widzieć wtedy wyrazu twarzy Krzyśka, bo stałam za jego plecami, ale czułam namacalnie jego strach, który niemal doprowadzał go do obłędu. Kiedy Anita wyciągnęła do niego dłoń z pieniędzmi, jego oczom ukazała się stara szponiasta odbarwiona łapa cała pokryta pijawkami, a na niej jego własna oderwana od reszty ciała, zakrwawiona głowa. Krzysiek mimowolnie zaczął cofać się do tyłu wpadając na krąg, który się stworzył wokół. Zaczął się trząść jak w febrze i mamrotać pod nosem niczym niezrównoważony szaleniec. Czułam, że za chwilę napięcie będzie nie do zniesienia i chłopak albo dozna zapaści albo postrada zmysły. Jego serce waliło jak młotem a strach udzielał się pozostałym. Nie miałam już 14 lat i potrafiłam kontrolować swoje umiejętności. Miałam wybór i niepojętą wręcz władzę w tym świecie. Mistrz Tiho nie czytał już w moich myślach jak w otwartej księdze, moje blokady i fałszywe obrazy, które zaczęłam podstawiać na próbę działały. Szybko otrząsnęłam się z transu, nie byłam przecież zła z natury, miałam walczyć po stronie jasnej magii. Zdjęłam obraz sprzed oczu klęczącego teraz przed Anitą Krzyśka. Kiedy zobaczyłam dyrektorkę pędzącą w tą stronę zaalarmowaną przez jedną z uczennic odwróciłam się na pięcie i spokojnie poszłam na następne zajęcia.
Nie przejmowałam się tym, że mistrz Tiho mnie ukarze. Nie zamierzałam mu pokazać tych wydarzeń, mogłam z łatwością podsuwać inne obrazy w nieskończoność uganiając się po labiryncie myśli i nie czuć przy tym nawet ‘zadyszki’. Już rok temu zrozumiałam, że w perswazji i telepatii mój mistrz nie może mnie więcej nauczyć. Skrzętnie ukrywałam przed nim ten fakt nie chcąc sprawić by został uznany za niekompetentnego. Czasem umyślnie udawałam, że mam trudność z zablokowaniem jego nakazów lub nakłonieniem przechodniów do wykonania moich poleceń. W rzeczywistości mój umysł był jak wielka kraina baśniowa, w której uwielbiałam się zanurzać. Wystarczyło tylko żebym część z jej bogactwa, w zależności od potrzeby umieściła w czyjejś głowie i efekt był natychmiastowy. W przypadku Krzyśka wykorzystałam mroczną stronę mojej bogatej wyobraźni. Podczas gdy ja pragnęłam eksperymentować na szerszą skalę z bardziej wyszukanymi motywami, mistrz Tiho ograniczał się do zadań tak oczywistych jak wywołanie bólu brzucha czy uczucia dojmującego chłodu, które sprawiłoby, że ktoś zapragnie nałożyć kożuch w środku lata. Wywołanie obrazu przejmującego zimnego wiatru nie wydawało mi się szczególnym wyzwaniem dlatego w wolnych chwilach praktykowałam bardziej subtelne obrazy poza domem. Do dyspozycji miałam wszystkie prymitywne umysły zwierząt ale także ludzkich zbłąkanych samotników. Nigdy jednak nie gnębiłam ich jak Krzyśka, przywoływałam zabawne, piękne lub rozczulające obrazy. Raz skłoniłam mężczyznę do spędzenia pół nocy w zaroślach, gdzie czuł się jak na wielkiej uczcie królewskiej, za stołem suto zastawionym mięsiwem z pięknym tancerkami wokół zauroczonymi jego wdziękiem.
Czego zatem uczył mnie mistrz Tiho? Nadal nieokiełznanej przeze mnie sztuki materializacji, w której czyniłam bardzo skąpe postępy. Jak dotąd potrafiłam urzeczywistnić jedynie drobne przedmioty codziennego użytku, typu garnek czy buty. Mój nauczyciel był głęboko zawiedziony i w dużej mierze zaczął obwiniać siebie za moje niepowodzenia. Miał coraz większe wyrzuty sumienia.
Garnek nie uratuje ci życia kiedy staniesz naprzeciw mistrza tej sztuki. To jedna z najpotężniejszych broni po drugiej stronie. Bez niej stanowisz wybrakowany element i nigdy nie będziesz pełnowartościowym wojownikiem. – Patrzył na mnie ze współczuciem i żalem.
Nie mogłam znieść tego wyrazu twarzy, czułam się winna jego cierpienia, a to przecież on był dla mnie jedynym rodzicem. Zaciskałam wówczas zęby z bezsilności ale się nie poddawałam. Miałam jeszcze czas, co prawda mało, ale jednak.
A gdybym była lepsza od innych? Dajmy na to w telepatii, blokadach i perswazji? – pytałam łapiąc się ostatniej deski ratunku.
Ale nie jesteś. Uwierz mi. – Odpowiadał z westchnieniem potrząsając z dezaprobatą czupryną długich siwych włosów. – Raisso, jesteś już dorosła i twoje talenty zostały ujawnione w całości, chciałbym móc ci powiedzieć, że okazałaś się wyjątkowym odkryciem, ale nie zamierzam cię oszukiwać. Jesteś przeciętnym magiem z bardzo słabo opanowaną sztuką materializacji, ale to akurat może być moją winą…. – Podszedł do mnie i położył w geście ojcowskim swoją ciepłą dłoń na mojej głowie. – Jedyne co możesz teraz zrobić to ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć.
Tak więc robiłam. Każdą wolną chwilę, a miałam ich aż nadto po ‘rozstaniu’ z Bartkiem, przeznaczałam na doskonalenie moich ukrytych zdolności. Pomimo, że nie miałam z kim dzielić swoich sukcesów ani do kogo się porównać, instynktownie czułam, że moje osiągnięcia nie są zwyczajne. Sama wymyślałam nowe techniki i wzbogacałam wiedzę otrzymaną od mistrza metodą prób i błędów. Z każdym dniem byłam silniejsza i bardziej niebezpieczna, czasem sama bałam się własnych możliwości, a najbardziej ze wszystkiego, utraty kontroli nad sobą, która mogłaby kosztować życie moich ludzkich ‘królików doświadczalnych’. Na szczęście nigdy do tego nie doszło, choć raz byłam bliska spowodowania śmierci włóczęgi, któremu kazałam wspiąć się na drzewo przed szarżującym do ataku dzikiem. Zbyt gwałtownie zdjęłam wizję i zamiast bezpiecznie sprowadzić go na dół, pozwoliłam mu runąć z najwyższej gałęzi. Na szczęście w stanie upojenia alkoholowego, w jakim się znajdował, lądowanie było dość miękkie i nie zakończyło się złamaniem kości. Cały incydent doprowadził mnie do furii. Doskonale wiedziałam, że gdybym potrafiła zmaterializować miękki materac wystarczająco szybko, włóczęga wcale by się nie potłukł. A tak musiałam całkowicie zdać się na manipulację umysłem. Dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam, że nie mam wyboru. Mogłam zostać magiem tylko dzięki rozwijaniu swoich mocnych stron. Musiałam być wstanie pokonać najlepszego adepta sztuki materializacji swoimi wizjami. Byłam zdeterminowana poświęcić wszystko żeby ten cel osiągnąć kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Oprócz moich podstawowych zajęć, nauczyciel Tiho zaczął również wprowadzać mnie w sztukę leczenia energią. Pokazywał podstawowe metody przykładania dłoni w miejscach objętych chorobą. Dzięki odpowiedniej koncentracji można było w ten sposób dokonywać uzdrawiania drobnych uszkodzeń ciała i ‘wypędzać’ niegroźne choroby. Mistrz Tiho zapewniał, że są to podstawowe umiejętności jakie każdy adept powinien mieć opanowane (coś jak apteczka pierwszej pomocy).
Są jednak i tacy – mówił z wielkim szacunkiem i przejęciem, którzy potrafią uleczyć śmiertelnie chorego. Ale magów posiadających tę szlachetną umiejętność jest stosunkowo niewielu dlatego też są tak cenni. Dysponują oni wiedzą na temat eliksirów i łączenia ziół jaką zwykły mag nie posiadłby nawet gdyby uczył się całe życie. To wybrańcy losu, których dziedzictwo jest przekazywane z pokolenia na pokolenie w szlachetnych rodach. – Nagle otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na mnie przytomniej. – Ale ty również musisz poznać przynajmniej podstawowe zioła używane w magii. Niestety tę lekcję będziesz mogła odbyć dopiero po drugiej stronie, co według mnie jest skandalicznie późno!
Tak więc starałam się jak mogłam nadrabiać braki, o których przecież nie miałam zielonego pojęcia, ponieważ nigdy nie spotkałam innego adepta magii. Ostatnie na co miałam teraz ochotę były dodatkowe zajęcia z posługiwania się urokiem osobistym!
Z wielką niechęcią stawiłam się o wyznaczonej porze na łące za miastem. Z powodu stanowczych protestów moich rodziców, żaden nowy nauczyciel nie mógł przekroczyć progu naszego domu. Mama panicznie bała się, że nasi sąsiedzi za płotem, swoją drogą bardzo ciekawski naród, zaczną zadawać niewygodne pytania, i rodzice będą musieli wymyślić kolejnego krewnego, który powrócił do kraju po długim pobycie za granicą (podobnie jak wujek Grzegorz, to jest mistrz Tiho). Kiedyś zastanawiałam się nawet czy by nie zaspokoić ciekawości naszych sąsiadów raz na zawsze i nie ‘urządzić’ im małego przedstawienia z piekła rodem w naszym ogródku za domem, ale nauczyciel Tiho od małego wbijał mi do głowy żeby swoje umiejętności ćwiczyć wszędzie byle jak najdalej od własnego domu. Z wielkim żalem musiałam zatem poskromić swoją złośliwość. Ale wracając do moich lekcji na polanie. W dniu kiedy się tam zjawiłam miałam już podjęte silne postanowienie, że nie będę przykładać się do tych zajęć ani też marnować swego czasu na podobne bzdury jak praktyka robienia głupich min, jak to sobie wtedy wyobrażałam.
Nauczycielka pojawiła się na łące z mgły, której żadną miarą nie mogło tam być, gdyż był środek słonecznego dnia. Pomimo, że wiedziałam iż jest to perswazja postanowiłam pozwolić jej trwać, byłam ciekawa na ile stać nową nauczycielkę i czy jest lepsza od mistrza Tiho. Szła w długiej zwiewnej sukni utkanej z leśnych kwiatów, które zmysłowo oplatały się wokół jej gibkiego ciała (nawet skojarzenia typu – zwiewne czy gibkie nie były moje lecz jej). Długie, rozwiane jaskrawo rude włosy mieniły się ogniem w słońcu i nieomal mogłam czuć ich kwiatowy zapach. Dobra jest! – pomyślałam automatycznie, ale doskonale wiedziałam, że z łatwością mogłabym zablokować ten obraz lub co gorsza odbić własną wersję tej bajki. Nie zamierzałam się jednak odsłaniać przed tą kobietą, poza tym musiałam niechętnie przyznać, że zaimponowała mi. Kobieta którą przed sobą widziałam była olśniewająco piękna i zmieniała się zgodnie z moim wyidealizowanym wyobrażeniem kobiecości, gdyż mogła czytać w moich myślach i kształtować obraz według nich.
Jesteś bardzo ładną dziewczyną – powiedziała miękkim melodyjnym głosem, bardzo przyjemnym dla ucha – lecz nie wystarczająco piękną żeby uwieść maga.
Nie zamierzam ich uwodzić lecz pokonywać – odpowiedziałam wyzywająco.
Spodziewałam się, że kobieta się rozzłości i zechce dać mi nauczkę, ale ona tylko roześmiała się perliście rozbawiona moją uwagą.
A więc mamy tu wojowniczkę? Dobrze. Nie pogardzisz zatem potężną bronią jaką jest kuszenie zmysłów. – Poczułam delikatny zapach perfum unoszący się wokół niej.
Perswazja nie jest dla mnie żadną nowością, nie rozumiem więc czego mogłabyś mnie nauczyć – odpowiedziałam spokojnie.
Kobieta zmarszczyła piękne czoło i przywołała obraz starej cuchnącej wiedźmy, która jednak nawet w połowie nie była tak przerażająca jak ta, którą postawiłam przed Krzyśkiem. Chwyciła mnie mocno za rękę, sądząc że cofnę ją natychmiast z obrzydzeniem. Ja jednak spokojnie patrzyłam jej w oczy, instynktownie włączyłam blokadę myśli i perswazji. W tym samym momencie ujrzałam moją nauczycielkę dokładnie taką jaką była. Miała wyblakłe rude włosy, ładne lecz nie zachwycające, była dość niska i pulchna w porównaniu z dziewczyną z mgły i zdecydowanie starsza od niej.
Tiho nie wspominał, że jesteś aż tak utalentowana. – Ze zdumieniem puściła moją dłoń.
Od razu przypomniałam sobie, że to nie pora ani miejsce na podobne popisy. – Przepraszam, nie chciałam być niegrzeczna. – Natychmiast przyjęłam pozę pełnego pokory ucznia.
Nic nie szkodzi. – Uśmiechnęła się wyrozumiale i natychmiast wiedziałam, że ją polubię. Nie miała w sobie nic z wyrachowanej złośliwości, nie była również surowa i niedostępna jak mistrz Tiho podczas swoich lekcji. – Na imię mi Aurela i mam nadzieję, że będę wstanie nauczyć cię czegoś pożytecznego Raisso.
Też mam taką nadzieję – wybąkałam zawstydzona swoją nieuprzejmością.
Widzisz kochanie, normalnych wizji nie da się dotknąć w rzeczywistości, jednak tych dotyczących samego maga można i dlatego mogą one być tak niebezpieczne. Nawet jeżeli stworzyłabyś najpiękniejszą dziewczynę pod słońcem, to dobry mag przejrzałby ją jak nić pajęczą, za którą kryje się tylko powietrze. – Miała trochę racji, choć nie znała moich możliwości, więc nie mogła wiedzieć, że moja pajęczyna była wyjątkowo skomplikowana i niełatwa do przejrzenia.
Rozumiem. Czyli tej wizji można faktycznie dotknąć i poczuć, że nie jest jedynie omamem stworzonym przez wroga.
Dokładnie – ucieszyła się, że pojęłam. – To tak jakbyś zmaterializowała idealną kobietę.
Tutaj trafiła nieświadomie w mój czuły punkt poruszając delikatną strunę mojej ambicji w kwestii materializacji. Mimowolnie sama złapałam się na haczyk, teraz wiedziałam, że będzie to kolejny cel na mojej liście zadań do przećwiczenia.
Aurela delikatnie wprowadzała mnie w tajniki subtelnego uwodzenia kobiecym ciałem. Wkrótce doceniłam jej wkład w moją edukację, zdałam sobie sprawę, że moja ignorancja w tej kwestii była ogromna. Nie mogłam jednak obwiniać się całkowicie, nie bez znaczenia był fakt, że praktycznie wychowałam się bez matki i przyjaciółek.
Aurela kazała zwracać się do siebie po imieniu i dzięki temu a także jej ciepłej matczynej postawie nawiązała się między nami specyficzna więź. Z jednej strony była moją przyjaciółką, której dotąd nie miałam, z drugiej powiernikiem w sprawach tęsknot młodego serca, a uwierzcie mi uzbierało się ich trochę przez te lata.
Niedługo zajęło mi dojście do etapu, w którym Aurela nie mogła mi już nic zaoferować poza swoją przyjaźnią i dobrym słowem. Szybko przekonałam się, że obraz dziewczyny z mgły był jedynym jaki moja mistrzyni udoskonalała przez lata. Ta sama kobieta pojawiała się w różnych strojach, z inną fryzurą, lecz ogólne wrażenie pozostawało to samo. Moja nauczycielka nie potrafiła zbyt długo utrzymać odmiennej wizji i w związku z tym była szybko demaskowana. Widać ten konkretny obraz kobiety pasował jej najbardziej i z nim czuła się najlepiej przez długie lata. Ja natomiast nie zamierzałam poprzestać na jednym wizerunku siebie. Było to dla mnie kolejnym ćwiczeniem z mego ulubionego przedmiotu, to jest sztuki perswazji, z tą różnicą, że tym razem ze mną w centrum.
Czasem kusiło mnie, żeby wypróbować nowe umiejętności na Bartku, poddać próbie jego nową miłość, ale na szczęście nigdy nie zdecydowałam się na ten krok. Po nieudanym wystąpieniu z wyłudzeniem pieniędzy od Anity nasz szkolny gangster został przeniesiony do poprawczaka, a ja na nowo rozłożyłam parasol ochronny nad Bartkiem. Tydzień po tych wydarzeniach Bartek po raz pierwszy od dłuższego czasu odprowadził mnie do domu. Nie rozmawialiśmy ze sobą, oboje czuliśmy się skrępowani przeszłością i winni. Tuż przy moim domu Bartek zdecydował się w końcu odezwać.
Chciałem ci podziękować… – Grzebał czubkiem buta w ziemi. – Dziękuję, że pomogłaś Anicie i mnie…i że no wiesz… nadal jesteśmy przyjaciółmi.
Nie zdziwiło mnie, że Bartek wiedział, albo przeczuwał mój udział w całej sprawie, on zawsze traktował mnie jak kogoś nadzwyczajnego. Najbardziej jednak zaskoczył mnie fakt, że wykazał się większą dojrzałością i uczciwością niż ja. Doskonale wiedział, że mogłam się na nim odegrać i zrobiłam to na swój sposób, a mimo to, przychodził do mnie z wyciągniętą ręką na zgodę i podziękowaniami. Naprawdę nie lubiłam siebie w tym momencie.
Zawsze byliśmy przyjaciółmi, tylko teraz mamy dodatkowo swoje sprawy, własnych znajomych… – Nie potwierdziłam ani nie zaprzeczyłam, że pomogłam Anicie. Czułam się wyjątkowo głupio przyznając się głośno do swojej zazdrości. – Niedługo nasze drogi i tak się rozejdą, ale do tego czasu możesz liczyć na mnie, jak zawsze. – Odwróciłam się od niego i wparowałam do domu z szybkością błyskawicy, nie miałam więcej nic do dodania. Znowu byłam sama.
Życie toczyło się dalej swoim torem, a moje zdolności rozwijały się w szybkim tempie, niczym nie zakłócane. Moja rodzina nauczyła się perfekcyjnie traktować mnie jak sublokatora, mijaliśmy się w korytarzu, w drodze do kuchni lub do łazienki z chłodnym „Dzień dobry”. Mama w ogóle unikała mego widoku i przypadkowych spotkań, wstydziła się, że nigdy nie wypełniła swego obowiązku, pokochania mnie, byłam więc jej chodzącym wyrzutem sumienia. Natomiast moja siostra była dumą i chlubą naszego domu, z jakiego powodu, tego do dziś nie rozumiem. Sam fakt, że była normalna czynił ją ósmym cudem świata. Kiedy Kasia poszła do liceum ja właśnie szykowałam się na studia, co gwoli wyjaśnienia, uważałam za bardzo irytujący pomysł. Nie rozumiałam po co mam wybierać kierunek studiów, jeżeli żaden z nauczanych przedmiotów nie przyda mi się w przyszłości. Te bezsensowne wymagania zaczynały mnie niecierpliwić. Z początku planowałam w ogóle nie iść na studia, jednak rodzice przerazili się nie na żarty i ostro zaprotestowali. Bynajmniej, powodem nie była troska o moje wykształcenie, lecz strach przed dłuższym przebywaniem w domu i lekcjami z mistrzem Tiho. Wtedy nie uważałam jeszcze sprawy za straconą, sądziłam, że nauczyciel pochwali mój pomysł i przyklaśnie idei wydłużonych zajęć z materializacji. Myliłam się jednak. Kiedy odmówił usprawiedliwiając się swoją pracą dla królestwa Jasności, poczułam narastający gniew i bunt. Instynktownie wiedziałam, że kłamie i nie to jest przyczyną odmowy. Przez chwilę kusiło mnie żeby spenetrować jego umysł i dotrzeć do prawdy w przeciągu paru minut. Z trudem opanowałam swoją złość i rozczarowanie, wtedy też straciłam bezgraniczne zaufanie jakim darzyłam dotąd mistrza.
Z obojętnością, na chybił trafił, wybrałam kierunek, który wymagał ode mnie niewielkiego nakładu pracy. Paradoksalnie, mój wybór nikogo nie interesował, ważne było, żebym na jakieś studia uczęszczała. Inaczej rzecz się miała w przypadku mojej siostry, jej przyszła edukacja była powodem nieustających debat jeszcze przed klasą maturalną. Sam obiekt dyskusji wydawał się przyjmować z obojętnością, żeby nie powiedzieć irytacją fakt, iż jest w centrum zainteresowania. Zaczynałam wyraźnie dostrzegać, że moja młodsza siostrzyczka dorasta i pokazuje pierwsze oznaki samodzielności i młodzieńczego buntu, rodzice jednak wydawali się całkowicie tego nie zauważać. Ze złośliwą satysfakcją obserwowałam ich miny kiedy ich oczko w głowie wracało do domu po dyskotekach wnosząc za sobą woń alkoholu. To było zupełnie nowe doświadczenie w ich stażu rodzicielskim, zważywszy, że ja nigdy nie interesowałam się zanadto życiem towarzyskim, a cały wolny czas poświęcałam nauce. Kasia nie miała ani takich niezdrowych ambicji jak ja, ani chęci wybicia się w jakiejkolwiek dziedzinie. Była przeciętną nastolatką, a te idą za instynktem stadnym, czyli podporządkowują się grupie. Akurat w tym czasie modne było sprzeciwianie się rodzicom (ten punkt nigdy się nie zmienia niezależnie od czasów) oraz zabawa na całego. Miałam wrażenie, że zagłaskana przez rodziców Kasia właśnie miała dość nadopiekuńczości i postanowiła pokazać swoje prawdziwe ja, któremu nie brakowało pazurków. Całe to zamieszanie wokół Kasi nie obchodziło mnie jednak na tyle, żeby się nim jakkolwiek przejąć. Miałam z tego tytułu odrobinę niezdrowej radości i tyle.
Kolejny rok był pełen napięć, podejrzliwości i kłótni. Taka nieprzyjemna atmosfera zapanowała nie tylko w gronie rodzinnym ale również wkradła się do moich kontaktów z mistrzem Tiho. Drogi Bartka i moje rozeszły się całkowicie po zakończeniu szkoły średniej, Aurela odeszła do swego świata, a ja czekałam na mój czas. Czułam całą sobą, że coś jest nie tak, wyraźnie zbierało się na burzę. Nauczyciel Tiho odmawiał mi prawa do informacji dotyczących mojego życia, a ja nie byłam już posłuszną dziewczynką, z uwielbieniem podziwiającą niesamowite zdolności swego mistrza. On zaś czuł się wyraźnie winny i unikał mego badawczego wzroku, kiedy pytałam go o mój czas, wydawał się zakłopotany i rozdrażniony jakby coś ukrywał. Za każdym razem gdy narzekałam na konieczność chodzenia do szkoły uciszał mnie i surowo nakazywał kontynuację studiów.
Rodzice też mieli swoje problemy więc nie zauważyli, ze ich córka ukończyła 21 lat i nadal mieszka z nimi. Kasia absorbowała ich całą uwagę i przysparzała tylu wrażeń, że nie nadążali z ich przyjmowaniem. Nie wracała na noc do domu, a jeżeli już przychodziła, to dosłownie wtaczała się pijana podtrzymywana przez swoją nową miłość – Sławka. Sławek był zmorą rodziców, starszy od Kasi o cztery lata, student marketingu imponował dziewczynie swoim wiekiem i towarzystwem. Był panem i władcą w świecie mojej siostry, która uciekała z zajęć żeby się z nim spotykać.
Ja miałam wówczas swoje problemy, nosiłam się z ciężką decyzją żeby przyprzeć nauczyciela do muru i wydobyć z niego potrzebne mi informacje, choćby siłą. Oznaczało to ujawnienie skrywanych przez lata umiejętności i przyznanie się do perfidnego oszustwa. Nie miało znaczenia to, że zdecydowałam się na kłamstwo ze szlachetnych pobudek, moje postępowanie mogło mnie kosztować przyszłość. Nauczyciel Tiho mógłby uznać mnie za niegodną zaufania i nigdy nie dopuścić do przejścia, z obawy przed tym, że stanę po niewłaściwej stronie. Gdybym miała tą wiedzę co teraz w wieku lat 15, nigdy nie zdecydowałabym się na kłamstwo. Być może inny nauczyciel był właśnie tym czego wtedy potrzebowałam, ale teraz było za późno na wyrzuty, czas naglił, a ja musiałam działać.
Nigdy nie sądziłam, że to właśnie siostra i rodzice pomogą mi w rozwiązani problemów, ale tak właśnie się stało i za to jestem im wdzięczna po dziś dzień. Miało to miejsce jesienią podczas drugiego roku studiów. Wracałam do domu jak zwykle w złym nastroju. Przepełniał mnie niepokój, który powoli zaczął przeistaczać się w strach, nieznośne przerażenie, że utknę w tej beznadziejnej rzeczywistości na zawsze. Wkraczałam do domu z głową pełną czarnych myśli, nieobecna. I kiedy już miałam przemknąć niezauważalnie, jak zawsze, do swego pokoju, ‘przebudził’ mnie rozrywający płacz matki i surowy drżący ze zdenerwowania głos ojca. O ile pozostawałam nieczuła na wszelkie krzyki ojca, o tyle w płaczu matki było coś co nie pozwoliło mi przejść obojętnie. Oszołomiona i zaintrygowana bezwiednie skierowałam swoje kroki do kuchni.
O proszę! Jeszcze tego brakowało! Rodzinne dziwadło. Też przyszłaś się pogapić? – Kasia, a raczej Kaśka stała niedbale oparta o Sławka, który obejmował ją w pasie jak swoją własność. Miała przekłuty kolczykiem łuk brwiowy i włosy z różowymi pasemkami.
Sławek wydawał się całkowicie obojętny na całą sytuację i spokojnie wcinał winogrona stojące na blacie kuchennym. Mama płakała histerycznie, ledwo łapiąc oddech pomiędzy jednym a drugim szlochem, a ojciec był cały czerwony na twarzy, wyglądał jakby zaraz miał dostać ataku serca, sytuacja wyraźnie wymykała się spod kontroli.
O co chodzi? – zdziwiona usłyszałam swój spokojny głos. Zupełnie nie wiem dlaczego akurat tym razem postanowiłam wystąpić w roli mediatora, być może musiałam rozładować swoje wielomiesięczne napięcie, a może po prostu było mi żal matki, dość, że zdecydowałam się poczuć jak członek tej rodziny.
Spadaj stąd! Gówno cię to obchodzi! – Kaśka wymachiwała rękoma wyraźnie wkurzona tym niecodziennym faktem.
Twoja siostra ucieka z domu z tym…. chuliganem, chce z nim zamieszkać w akademiku… – Dalsza wypowiedź utonęła w niepohamowanym płaczu. Oczy matki wbiły się we mnie błagalnie. Pierwszy raz zwracała się do mnie z prośbą i doskonale wiedziała, że wiązało się to z użyciem moich mocy.
Spojrzałam na ojca, ten unikał mego wzroku. Mogłam się tego domyślić, dawał nieme przyzwolenie. Był gotów zaakceptować wszystko aby ratować jego jedyne dziecko. Stałam więc pośrodku kuchni pomiędzy bezradnymi i zrozpaczonymi rodzicami a Kaśką i Sławkiem, obecnie panami sytuacji. Westchnęłam ciężko. Ten Sławek powoli zaczynał działać mi na nerwy, stał w mojej kuchni i zakłócał moją dzienna rutynę, a to było wystarczającym powodem (zważywszy stan moich nerwów) żeby dać mu nauczkę.
Dobra, spadamy stąd! – Kaśka poczuła się niepewnie. – Ruszyła w stronę drzwi kuchennych ciągnąc za sobą Sławka, który zdążył jeszcze pochwycić kiść winogron.
Nie ruszyłam się z miejsca. Po prostu rzuciłam okiem na drzwi, które zatrzasnęły się z hukiem przed nosem Kaśki mało nie uderzając jej przy tym w twarz. Mama wciągnęła ze świstem powietrze, ojciec chrząknął niewyraźnie a Kaśka ze Sławkiem osłupieli wybałuszając oczy to na mnie to na drzwi. Nie zaszczyciłam ich jednym spojrzeniem. Odwróciłam się do rodziców z jednym prostym pytaniem – Czy mam kontynuować? – Przez chwilę sądziłam, że się wycofają i jak zwykle obarczą mnie winą ale widać mylnie ich oceniłam. Mama, jak zawsze w istotnych sprawach, spojrzała pytająco na ojca całkowicie zdając się na jego decyzję. Ten spojrzał na mnie wzrokiem obłąkanym ze zmartwienia.
Tak. Zrób wszystko co możesz żeby pomóc swojej siostrze.
Co za hipokryzja! Teraz to moja siostra! A przez te wszystkie lata ja byłam czarownicą z łysej góry a ona księżniczką na tronie! Nie skomentowałam jego słów, choć rozbawiły mnie i utwierdziły w przekonaniu, że nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.
Usiądźcie, musimy porozmawiać – odezwałam się do młodych tonem nie znoszącym sprzeciwu. Oczywiście nie mieli zamiaru mnie posłuchać, ale warto było spróbować.
Kaśka zaczęła szarpać drzwi z całych sił, ale te ani drgnęły trzymane siłą mojej woli.
Otwórz te drzwi! Słyszysz?! – darła się wściekła i przestraszona jednocześnie.
Zignorowałam ją całkowicie niewzruszona. Sławek wydawał się odrobinę oszołomiony, ale przynajmniej nie miał już tej idiotycznej miny pewniaka na twarzy.
Sławek idź usiądź na krześle pod oknem, myślę, że będzie ci tam wygodnie, to trochę może potrwać. – Skupiłam się na jego niezbyt skomplikowanym umyśle i nagle Sławek poczuł nieodpartą wręcz ochotę siedzenia wygodnie pod oknem.
Kasia z rozdziawioną buzią gapiła się jak jej ideał posłusznie idzie we wskazane miejsce. Z oburzenia zamykała i otwierała buzię na przemian, sapiąc przy tym jak stara lokomotywa (wybaczcie ale moje uczucia siostrzane są dość ograniczone).
Szybko dokonałam przeglądu intencji Sławka względem mojej siostrzyczki i nie odnalazłam tam zbyt wiele uczciwych zamiarów. Wyglądało na to, że studencik chciał się zabawić młodą dziewczyną, która dosłownie jadła mu z ręki. Po co w ogóle czytałam w jego myślach? Cóż, być może chciałam się upewnić, że mogę dać mu wycisk gdyby sprawiał problemy, w końcu aniołem nie był. Podczas mego zabiegu odgrzebywania potrzebnych informacji Sławek wyglądał jakby za chwilę miał pomoczyć spodnie ze strachu, zupełnie jak mały chłopiec przerażony tym co się z nim działo, a czego kompletnie nie pojmował i nie mógł opanować. Musze przyznać, że czytanie w myślach nie jest dla obiektu zbyt przyjemnym doświadczeniem, nawet dla maga. Czujesz się jakby coś przejmowało nad tobą władzę absolutną i wykradało twoje najbardziej wstydliwe tajemnice. Dla zwykłego człowieka może to być rzeczywiście ogromny szok.
Tak, twój amant nie dość, że inteligencją nie grzeszy to na dodatek ma cię dokładnie tam gdzie słońce nie dochodzi, zostawi cię przy najmniejszych kłopotach jak niepotrzebny grat.
Kłamiesz… – Kaśka piszczała przestraszonym głosem. – Zostaw go w spokoju!
Już dawno go zostawiłam – odparłam spokojnie. – Teraz jest po prostu w szoku. Poczytałam sobie trochę w jego głowie. Nie jest to najbardziej szlachetny typ na jakiego można trafić.
Mamo! Tato! Powiedzcie jej żeby się nie wtrącała! Słyszycie!!! – tupała nogami w furii.
Kochanie, twoja siostra chce dla ciebie jak najlepiej… – Usłyszałam drżący ze zdenerwowania głos matki.
Widać od dziś awansowałam w hierarchii rodzinnej, pomyślałam zgryźliwie. Matka patrzyła na mnie ze strachem, jak na ostatnią, najgorszą z możliwych, ale jednak deskę ratunku. Ojciec wydawał się, o dziwo, zadowolony z efektu moich zabiegów na Sławku.
Kaśka zdążyła już podbiec do swego ukochanego, który miał minę skrzywdzonego psiaka. Nie można raczej powiedzieć, że zniósł to jak prawdziwy mężczyzna. Kasia tuliła go do siebie i głaskała po głowie co chwila wymawiając jego imię, jakby to miało w czymś pomóc! A teraz przyszedł czas na uświadomienie siostrzyczki, pomyślałam znużona już tym przedstawieniem.
Umówmy się tak – zwróciłam się do zrozpaczonej Kasi, starającej się uspokoić Sławka. – Wyjdziecie stąd nie zatrzymywani przez nikogo…. ale najpierw obejrzysz swoją przyszłość u boku tego tu Bohatera. – Kaśka zatrzymała się w pół ruchu oszołomiona moją propozycją, a ja kułam żelazo póki gorące. – Wiesz na pewno, że mam ponad naturalne zdolności i potrafię zobaczyć przyszłość każdego z was – kłamałam jak z nut ale nie było innej możliwości żeby Kasia dobrowolnie zrezygnowała ze Sławka. – Jeżeli spodoba ci się to co zobaczysz to odejdziesz z nim i zamieszkacie razem.
Usłyszałam ciche protesty matki za plecami i stanowczy głos ojca, który stanął po mojej stronie i kazał się jej uciszyć. Muszę przyznać, że pomimo całej mojej niechęci do niego, mile to połechtało moją próżność.
To jak będzie? W końcu jesteś pewna swego i Sławka więc nic nie ryzykujesz … chyba, że tylko tak gadasz żeby wkurzyć rodziców… – Wzięłam ją pod włos.
Dobrze…- odpowiedziała natychmiast, ale drżący głos ją zdradził, wiedziałam, że się boi. – Co mam robić? – zapytała hardo rzucając mi wyzwanie.
Nic. Usiądź na krześle i zrelaksuj się. Obrazy pojawią się same, to będzie jak film, z tym że z tobą w roli głównej. – Sama się zdziwiłam, że tak troskliwie objaśniłam wszystko tej niewdzięcznej małolacie.
Kasia uśmiechnęła się ironicznie, żeby pokazać, że i tak nie wierzy, że mi się uda. Głupiutka dziewczynka! I wtedy się zaczęło. Weszłam do tego bałaganu jaki był w głowie mojej siostry i zobaczyłam wystraszone dziecko, które dusiło się pod ochronnym kloszem miłości rodzicielskiej i postanowiło się z niego wydostać w dość niefortunny sposób. Ale to już nie moja sprawa, nie jestem tu po to, żeby naprawiać świat. Powoli zaczęłam ‘wyświetlać’ przed Kasią zmyślone wizje jej przyszłości, a w tym byłam całkiem niezła. Przez naszą kuchnię przetaczały się teraz obrazy i ludzie a Kasia siedziała i jak zaklęta wpatrywała się w to co mogła widzieć tylko ona i ja, gdyż było wytworem mojej wyobraźni przerzucanym na nią. Wodziła wzrokiem po kuchni jakby oglądała żywych ludzi przemieszczających się przed jej oczyma, czasem chciała ich dotknąć i wtedy wyciągała dłonie przed siebie próbując uchwycić powietrze. Ja ubawiłam się setnie ‘tworząc’ przyszłość mojej siostry, ona nieco mniej, a raczej wcale. Nie można mieć jej jednak tego za złe, nie sądzę żeby ktokolwiek był zadowolony widząc siebie jako zniszczoną przez życie i picie kobietę z szóstką wrzeszczących dzieci chwytających się spódnicy. Nie będę tu opisywać wyglądu Kasi jaki ujrzała, dość że przypominała średniowiecznego świniopasa, natomiast Sławek, cóż jego też nie oszczędziłam. Pomimo, że był tłusty, brudny i cuchnący, ogólnie rzecz ujmując odrażający (zapachy oczywiście też potrafię sugerować), to i tak miał rzesze kobiet wieszających się mu na szyi, drobna nieścisłość, ale konieczna żeby wzbudzić złość Kasi. Być może sam dosadny wygląd amanta był wystarczający sądząc po wyrazie obrzydzenia na jej twarzy, ale wolałam nie ryzykować, poza tym nie mogłam sobie odmówić odrobiny radości z tworzenia tej groteskowej komedii.
Kiedy wycofałam się z perswazji myślowej, Kasia siedziała całkowicie załamana, nie było w niej żadnego buntu, cienia energii. Zgarbiona, samotna postać, której świat nagle runął łkała cicho pod nosem. Mama natychmiast do niej podbiegła i objęła niczym lwica swoje zranione małe. Ojciec odetchnął głęboko z ulgą, przez chwilę musiało się im wydawać, że podjęli straszną w skutkach decyzję. Sławek natomiast stał na drżących nogach przy drzwiach desperacko usiłując wydostać się z tego domu wariatów. Przy kolejnym silnym szarpnięciu umyślnie zwolniłam blokadę drzwi i chłopak poleciał z całym impetem do tyłu lądując boleśnie na podłodze. Szybko jednak otrząsnął się z kolejnego szoku i nie zastanawiając się więcej nad tym co się tu działo skoczył na równe nogi i ruszył pędem do drzwi wyjściowych. Miałam wrażenie, że nogi same wyprzedzają resztę ciała… Kasia z obojętnością przyjęła fakt, że jej wielka miłość właśnie pędzi na złamanie karku jak najdalej od niej, całkowicie pochłonięta własnym złamanym sercem i… głupotą.
Właśnie miałam zamiar cicho zniknąć w swoim pokoju, kiedy usłyszałam za plecami drżący, pełen nadziei głos Kasi.
Ale to się już teraz nie wydarzy prawda?
Zatrzymałam się w pół drogi. Jaką władzę można mieć nad tym światem z takimi umiejętnościami, zdałam sobie po raz kolejny sprawę.
Nie, jeżeli nie będziesz tego chciała. Twoja przyszłość leży całkowicie w twoich rękach, więc następnym razem wybieraj mądrzej i… miej więcej zaufania do rodziców, oni wiedzą co robią. – Zakończenie jak z tandetnej bajki ale nic innego nie przychodziło mi do głowy a poczułam nagłą chęć zrobienia czegoś dobrego dla swojej, jakby nie patrzeć, rodziny.
Z ulgą zamknęłam za sobą drzwi mego azylu. To ‘spotkanie rodzinne’ wyczerpało nieco moje siły. Musiałam nabrać energii przed przybyciem mistrza Tiho, dziś zamierzałam wyjaśnić ostatecznie swoją sytuację, niepewność dobijała mnie bardziej niż najgorsza wiedza.
Nie pojawił się jak zawsze w moim pokoju, lecz przywołał mnie do salonu, gdzie czekali już rodzice. Z niepokojem obserwowałam napiętą minę mistrza, ewidentnie unikał kontaktu wzrokowego. Szybko przyjrzałam się rodzicom, wyglądało na to, że nie zdradzili się z moim dzisiejszym występem nie chcąc narobić mi problemów, choć ten jeden raz! Zatem ta szczególna narada, która ostatni raz miała miejsce kiedy byłam dzieckiem, była wyłącznie inicjatywą mistrza, co nie wróżyło nic dobrego, zważywszy, że nie zdecydował się na konfrontacje ze mną w cztery oczy.
Rodzice wydawali się równie napięci co ja, z pewnością spodziewali się, że sprawa dotyczy dzisiejszego popołudnia. Mylili się jednak, zebranie dotyczyło mnie i obecnie mojej wątpliwej przyszłości w krainie pełnej magii…
Raissa jest już osobą dorosłą – zaczął poważnym tonem mistrz zwracając się głównie do rodziców, zupełnie jakby to ich losy się ważyły a nie moje! – Nadszedł czas żeby podjąć ostateczną decyzję, która leży w gestii nauczyciela, najlepiej znającego swego ucznia. – Zrobił znaczącą pauzę szykując się przed zadaniem ostatecznego ciosu. – Odwlekałem ten moment w czasie tak długo jak mogłem. Miałem nadzieję, że Raissa jednak będzie wstanie osiągnąć poziom odpowiedni do przekroczenia granicy światów… Ale byłem zaślepiony przywiązaniem do tego dziecka i nie oceniłem jej możliwości prawidłowo.
Z każdym słowem czułam absurd tej sytuacji i narastającą we mnie wściekłość i poczucie niesprawiedliwości. To ja całe życie ukrywam swoje zdolności żeby On nie został zdyskredytowany jako mój nauczyciel, a w zamian otrzymuję cios w plecy! Nie jestem wystarczająco dobra żeby zostać wojownikiem?
Raisso, obawiam się, że musisz pozostać w swoim domu rodzinnym… i przystosować się do normalnego życia, wśród ludzi podobnym tobie…
Ale ona przecież jest taka uzdolniona! – Mama wykrzyknęła w zdumieniu. – Edmundzie widziałeś przecież! – Zwróciła się do ojca o potwierdzenie.
Ojciec spojrzał na mnie a potem przeniósł niechętnie wzrok na mistrza i odezwał się z wyczuwalnym dystansem.
Owszem, muszę przyznać, że wasze praktyki – wymówił to słowo jak przekleństwo – zrobiły z naszej córki kogoś bardzo niebezpiecznego.
Nauczyciel spojrzał na mego ojca badawczo. – Chce Pan powiedzieć, że Raissa użyła swoich umiejętności w domu?
I to jak! Ta dziewczyna ma talent, a jeżeli wy twierdzicie, że jest inaczej to najwidoczniej brak wam … prawidłowej oceny sytuacji!
Jestem pewna, że Edmund chciał zupełnie inaczej określić braki nauczyciela ale na całe szczęście powstrzymał się w ostatniej chwili. Ostatnie czego mi brakowało to kolejna awantura.
Mistrz Tiho zwrócił się w moją stronę i dostrzegłam w jego oczach ciekawość, rodzące się podejrzenia i … może odrobinę nadziei? Wiedziałam już, że lada moment zacznie szperać w mojej głowie i tylko ode mnie zależało co mu pokażę. Podjęłam decyzję natychmiast. Otworzyłam wszystkie zamknięte rozdziały, swoje potajemne ćwiczenia, interwencje w szkole i drobne oszustwa magiczne. Z twarzy mistrza nie mogłam nic wyczytać, a przecież nie chciałam rozzłościć go dodatkowo grzebaniem w jego wnioskach. Kiedy skończył zaległa długa i ciężka cisza.
Proszę Państwa o opuszczenie tego pomieszczenia – zarządził twardo. – Muszę porozmawiać ze swoją uczennicą w cztery oczy.
Po moich plecach przeszedł dreszcz podniecenia i strachu. Pierwszy raz miałam zmierzyć się z prawdziwym magiem. Nie miałam wątpliwości, że mistrz Tiho zechce dać mi nauczkę i jednocześnie sprawdzić moje umiejętności. A ja nie zamierzałam się poddać, nie tym razem.
Jadwiga i Edmund opuszczali pokój z ociąganiem, niepewni czy zostawić mnie samą, widać ostatnio zrodziło się w nich nikłe poczucie odpowiedzialności za mnie.
Wyjdźcie proszę – pogoniłam ich pewnym głosem.
W końcu zostaliśmy sami, uczeń i mistrz, który tak naprawdę nigdy nie poznał możliwość swego adepta. Zaczęło się szybko bez zbędnych wstępów. Stary wypróbowany latami chwyt, mogłam się tego domyślić. Przy pierwszym skurczu żołądka z łatwością ucięłam ciąg dalszy, żeby mnie pokonać będzie musiał się dużo bardziej wysilić. Wyglądało jednak na to, że Tiho tylko się upewniał i na próbę zaczął od standardowego repertuaru. Zaraz po tym zaczęły mnie atakować przeróżne stworzenia wychodzące ze ścian a deszcz i tornado raptownie wtargnęły do malutkiego salonu. Wszystko to zniosłam spokojnie, bez cienia emocji, zamknęłam oczy i wyciszyłam umysł nakazując mu nie słuchać zdradliwych podszeptów z zewnątrz. Sama nie atakowałam mistrza, nadal mogłam sobie poradzić stosując jedynie techniki obronne, poza tym wzdragałam się przed wstąpieniem na ścieżkę wojenną z najbliższą mi osobą. Jednak im dłużej to trwało tym większa furia narastała w nauczycielu. Nie mógł znieść takiej ignorancji z mojej strony, postanowił zrobić wszystko żeby zmusić mnie do kontry. I udało się mu. Użył jedynej możliwej broni, która mogła okazać się niebezpieczna dla mnie. Teraz nie miałam już do czynienia ze zjawami, majakami, które mogłam przepędzać ze swego umysłu jak poranną mgłę, tym razem atakowały mnie realne istoty. Pojawił się znienacka w pół drogi pomiędzy mną a mistrzem, kły sterczały groźnie z olbrzymiego łba dzikiego kota. Zwierz był wściekły, a mistrz ewidentnie poddawał mu obrazy kierujące agresję na mnie. Nie miałam dużo czasu. Mogłam albo odwrócić jego sugestie zamieniając obrazy ale nie chciałam skrzywdzić Tiho, zostało mi więc spróbować uśmiercić biedne stworzenie. Skupiłam swoją całą wolę na tym zadaniu, w przeciwieństwie do mistrza miałam jeszcze duże pokłady energii, które on zużył na ponawiające się ataki. W przeciągu 2 minut olbrzymi zwierz padł martwy na dywanie. Teraz Tiho był wściekły, nie pozostawił mi wyboru, musiałam zaatakować albo dać się zabić. Gdybym pozwoliła mu nadal działać, wkrótce zmaterializowałby mi nad głową kata z siekierą albo równie nieprzyjemną niespodziankę i za którymś razem mogłabym zareagować zbyt późno lub nie uskoczyć w porę.
Posłużyłam się perswazją, swoją ulubioną bronią. Mistrz stosował przeróżne blokady, poddając mi fałszywe obrazy, kiedy próbowałam dotrzeć do jego najgorszych lęków, muszę przyznać, że było to interesujące i podniecające doświadczenie. Nareszcie włamywałam się do sejfu, który miał jakieś zabezpieczenia i bardzo mi się to podobało. Z każdą pokonaną blokadą czułam narastająca ekscytację i triumf. I wtedy zobaczyłam czego bał się mistrz Tiho. Kiedy zrozumiał, ze już wiem jęknął boleśnie i opadł na kolana wyczerpany ogromnym wysiłkiem. Po jego wzroku poznałam, że nie pozwoli mi się teraz wycofać, chciał żebym udowodniła, że potrafię uczynić sugestię na tyle przekonującą żeby złamać go całkowicie. Nie sprawiło mi to najmniejszej przyjemności. Z niechęcią, pod przymusem ponowiłam atak. Tiho dał mi do zrozumienia, że nie podda się z własnej woli, a jego siły nie były jeszcze wyczerpane.
Teraz kiedy miałam gotową broń w ręku, zadanie nie było skomplikowane, wiedziałam, że mi się uda. Powoli, beznamiętnie opanowałam każdy skrawek umysłu mistrza narzucając mu swoją wersję otoczenia. Byliśmy na łące, pięknej i pachnącej latem, pośrodku biegała mała dziewczynka, a z tyłu stała kobieta, która z dumą obserwowała swoją pociechę. Kiedy odtwarzałam tą scenę nauczyciel był najszczęśliwszą osobą jaką widziałam. Z bólem zmusiłam się żeby zniszczyć ten obraz. Na łąkę wpadli mężczyźni, mieli zło wypisane na twarzach. Z szyderczym uśmiechem zbliżali się w stronę dziecka, matka zaczęła krzyczeć przeraźliwie, puszczając się pędem w stronę córeczki. Nie zdążyła. Jeden z oprawców pochwycił małą, uniósł ciężki topór i….
Nie!!! Błagam!!! Przestań!!! – Tiho płakał i wił się po podłodze w rozpaczy nie mogąc dotrzeć do swojej córki i żony.
Od razu z ulgą zdjęłam wizję i zastąpiłam ją inną. Nie chciałam go zostawiać z tym obrazem jako ostatnim, nie mogłam co prawda go wymazać z pamięci ale przynajmniej byłam wstanie złagodzić ból. Ostatnie co zobaczył to córka w objęciach matki w naszym salonie uśmiechająca się do niego promiennie ze słowami – Nic mi nie jest tatusiu. Kiedy będziesz w domu?
Tiho szlochał jak małe dziecko. Był kompletnie złamany i bezbronny, gotowy zrobić wszystko żeby jego dwie ukochane istoty zostały bezpiecznie przy nim. I w ten sposób odbiera się magowi wolną wolę, pomyślałam ze smutkiem. Tego dnia przekonałam się, że miłość jest niebezpieczna i że nigdy nie będzie mnie stać na ten luksus, jeżeli miałam zamiar zostać prawdziwym wojownikiem.
Wycofałam się całkowicie z umysłu mistrza Tiho pozwalając mu odzyskać siły i świadomość. Zostawiłam go w salonie a sama poszłam do swego pokoju i bez słowa wyjaśnienia zaczęłam się pakować. Nadszedł mój czas. Wyprowadzałam się do innego świata.
Kiedy mistrz wszedł do pokoju, w którym uczył mnie od małego, bez słowa, zmęczonym wzrokiem ogarnął spakowane torby i tylko skinął głowa na znak potwierdzenia.
Nie gniewam się na ciebie Raisso – zwrócił się do mnie łagodnie. – Zrobiłaś co musiałaś i co uważałaś za słuszne. Żałuję tylko, że nie miałaś do mnie na tyle zaufania żeby zwierzyć się ze swoich zdolności…. Choć zrozumiałem twoje obawy, to jednak nie mogę sobie wybaczyć, że właśnie w ten sposób musiało się to skończyć. – Położył dłoń na mojej głowie i uśmiechnął się delikatnie. – Masz olbrzymi talent. Musiałaś czuć się bardzo samotna przez te lata, sama zmagając się z nieznanym…
Z każdym jego słowem narastały we mnie coraz większe wyrzuty, niewidzialna gula urosła mi w gardle i czułam, że za chwilę wybuchnę płaczem i zacznę go błagać o wybaczenie jeżeli zaraz nie przestanie na mnie patrzeć tym swoim współczującym wzrokiem. Mistrz zrozumiał i odsunął się ode mnie przybierając na powrót nauczycielską maskę.
Zdajesz sobie sprawę, że z takim talentem nie będziesz miała łatwo po drugiej stronie – ostrzegł mnie przybierając groźny ton. – Będziesz pośród najlepszych a tam nie ma miejsca na błędy i uczucia. Jeżeli nie będziesz dotrzymywać kroku innym, zginiesz. To jest prawdziwy świat, gdzie magia rządzi na co dzień.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem, choć obydwoje zdawaliśmy sobie sprawę, że nie miałam pojęcia o czym mówił. Przypominało to trochę opisywanie kolorów dla niewidomego, musiałam zobaczyć to na własne oczy żeby zrozumieć. Przeczuwałam, że będzie to dla mnie najtrudniejsza próba w całym życiu i przygotowywałam się do niej skrzętnie. Ale żadne z nas nie było wstanie powiedzieć czy to wystarczy. Poczułam jak zdenerwowanie i strach osiadają na dnie mego żołądka. To nie było zadanie dla tchórza. Wyprostowałam się dumnie, mając nadzieję, że dodam sobie trochę odwagi.
Jestem gotowa – oznajmiłam spokojnym, pewnym głosem.
Nie zapominasz o czymś? – zapytał unosząc brwi wysoko w zdumieniu. – Nie pożegnasz się z rodziną?
Skrzywiłam się lekko. Najchętniej znikłabym bez słowa, ale widać mistrz nie zamierzał ułatwić mi tego zadania. Sytuacja była niezręczna i krępująca dla obu stron. Edmund, Jadwiga i Kasia, trzy bliskie mi osoby a zarazem całkowicie obce. Mama jako jedyna miała uczciwy wyraz smutku na twarzy. Nikt nie płakał, nie było też niepohamowanego potoku słów. Myślę, że zbyt długo żyliśmy obok siebie obojętnie żeby teraz czuć coś ponad ulgę z faktu, że to już koniec. Ja byłam dla nich ciężarem i wyrzutem, z którym musieli się godzić na nowo każdego dnia, oni dla mnie ludźmi, którzy okazali się zbyt słabi i tchórzliwi żeby pokochać odmienne dziecko. Pożegnanie wypadło sztywno i nienaturalnie, tylko mama zdecydowała się niespodziewanie dla niej samej uściskać mnie. Kiedy szliśmy z nauczycielem Tiho główną ulicą z bagażami, wiedziałam że przyglądają się nam z okien. Nie obróciłam się ani razu, żeby zachować obraz swego rodzinnego domu i miasta. Zostawiałam za sobą tylko jednego przyjaciela wartego zapamiętania – Bartka, ale pożegnania nie były moją mocną stroną…

  • Share/Bookmark

Ostatnie wpisy

Dodaj komentarz

Komentarze są zablokowane.

Tonery do drukarek - Zamienniki do drukarek - Instrukcje regeneracji